Szlag mnie trafia.
Mam taki feler, że kiedy widzę zdjęcie kota w miniaturze bloggera, to zaglądam.
Zaglądam - i mnie trafia, w tym roku jakoś wyjątkowo często
:[
Co chwilę u kogoś na blogu pojawia się post o świeżutko urodzonych kociaczkach do oddania.
Z kotki własnej, domowej, nierasowej, niewysterylizowanej. Och, och, jaaakie to słodkie...
Nie, to nie jest słodkie.
To jest nieodpowiedzialne.
I głupie.
Masz kotkę - weź, wysterylizuj.
Nie wymawiaj się brakiem kasy.
Odłóż kasę na zabieg jeszcze
zanim dojrzeje i wejdzie w ruję.
Znajdź weta, który sterylizuje młode kotki
przed pierwszą rują. Unikaj konowałów, którzy twierdzą, że kotka musi raz w życiu... NIE! NIE MUSI!!! Nie musi rodzić raz w życiu, nie musi rodzić w ogóle.
Może to dla wrażliwych estetek wydać się szokujące, ale można (a wręcz należy) wysterylizować nawet kotkę, która już zaszła w ciążę.
Niech nie rodzi niepotrzebnie kociąt, niech nie powiększa nadpopulacji.
I nie jest żadnym argumentem, że "przecież już mamy dla nich domki".
Kotów jest za dużo, dużo więcej, niż potencjalnych dobrych domów.
Chciałoby się wykrzyczeć wielkimi literami:
pozwalając rozmnażać się domowym kotom, zabierasz szansę na dom tym bezdomnym, uratowanym i wyleczonym przez wolontariuszy kociakom.
Tym kociakom, które urodziły się na działkach i w piwnicach; bezdomne, bo nie miał kto wcześniej zadbać, by niechciane nie przyszły na świat.
Dziesiątki wolontariuszy łapią dzikie kocice, sterylizują i wypuszczają z powrotem na wolność, a ich - urodzonym już, niestety, dzieciom szukają domów, dając szansę na lepsze życie. Wcześniej je lecząc, szczepiąc, oswajając, socjalizując, ucząc życia w domu, wśród ludzi. Dla nich cenny jest każdy dobry dom, który pozwoli zrobić miejsce następnym znajdom.
Niestety, zbyt wielu jest jeszcze ludzi, którzy doprowadzają do rozmnażania własnych, domowych kotów. Dla mnie, byłej wolontariuszki, każdy urodzony w domu kociak to bezgraniczny smutek. Nawet, jeśli jest śliczny i beztrosko broi w nowym, kochającym domku.
W czym są "gorsze" kociaki urodzone w piwnicy?
Ten został złapany na trawniku po pewnym krakowskim blokiem. Wystarczy usiąść - już jest na kolanach. Co dzień rano przychodzi pod kołdrę, poprzytulać się do ludzia. I tak cudownie mruczy.
Ten dwa razy wywinął się śmierci. Wraz z rodzeństwem został uratowany przed zamurowaniem w fundamentach sklepu, przez "miłego" pana sklepikarza. A potem przyjechał do nas, bo "nie wiadomo co mu jest, ale chyba nie przeżyje, może Wy coś wymyślicie". Przeżył, ale kosztowało nas to wiele nieprzespanych nocy. Wyrósł na wielkiego kocura o psim usposobieniu. Uwielbia jeździć na ramieniu (bagatela, 6,8 kg! ). Przytula się i mruczy.
Ta była dorosła. Zanim do nas trafiła, odchowała kocięta pod śmietnikiem. Kocięta znalazły domy, ona nie - zwykła, stara, nieładna buraska. Z uszkodzonym płucem nie przeżyłaby zimy.
I tak można by długo...
PS. Zdjęcie pochodzi z naszego domowego archiwum, przedstawia jednego z naszych byłych tymczasów, w trakcie dokarmiania strzykawką. Bury dzikusek, złapany na pewnym osiedlu. Łobuz, jakich mało, aktualnie wielki, piękny zadbany kocur w bardzo dobrym domu. Oczywiście wykastrowany, podobnie jak jego brat, z którym dzieli domek :)
PS2. Na blogu u
SentiMenti jest bardzo sugestywny rysunek. To dla tych nieprzekonanych, którzy jeszcze uważają, że nic się nie stanie, jeśli jedna kotka urodzi...\
Edit 26.03.2014.
Dla tych, którzy jeszcze są nieprzekonani - przeczytajcie tego posta
http://matkatylkojedna.blogspot.com/2014/03/nie-gwacic-kotka-prosze.html#.UzNXR87JD8k