Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meble. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meble. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 stycznia 2016

Z warsztatu

A wiecie...
Taką szafkę wygrzebałam ze starego warsztatu...


Stała sobie pod ścianą zapomniana, zakurzona, zaklejona wieloma warstwami farb i fabrycznego brudu.


Przez lata warstwy farby zdążyły się wytrzeć:



Ale zachowały się stare etykiety szuflad:





Na blacie, porysowanym od wbijania gwoździ, znalazłam jakieś rupiecie, kalendarz robotniczy z 1958...


i mydło.




A może pod nieobecność brygadzisty odprawiano tu jakieś tajemne rytuały?





...



A tak naprawdę, to wyglądała na początku tak:


Nie daliście się wkręcić, prawda?
;-)

piątek, 31 października 2014

Paskudek

Pamiętacie takie mebelki?

Niegdyś przedmiot pożądania. Niedługo później - symbol badziewia i tandety.
Całkiem słusznie.
Wszystko: wykonanie, konstrukcja, materiały, wykończenie - woła o pomstę do nieba.
Wiotka sklejka, wystające drzazgi, chropawe wnętrza szuflad, krzywe prowadnice, połyskliwy lakierek.
I jeszcze te zwichrowane bambusowe uchwyty, brrr...



"Paskudek" trafił w moje ręce w mało ciekawych okolicznościach i bynajmniej nie miałam ochoty przygarniać takiego brzydactwa pod swoje skrzydła. Ale pilnie potrzebowałam zamykanych szuflad. Więc Paskudek przyjechał i miał pobyć tylko tymczasowo, bo przecież taki paskudny. Ale skoro już był, to... to niespodziewanie dostrzegłam w nim potencjał.
Bywa... ;-)


Postanowiłam zatem przetestować na nim pewne farbki*, o których huczy ostatnio pół kraftowego internetu. A że atakującej zewsząd bieli i słodkich 'szabbików' mam już lekko dość, więc poszłam w nieco odmienne klimaty. Rdza, złomy i industriale zawsze były mi bliskie, więc decyzja o metamorfozie w tych klimatach przyszła z łatwością.

Efekt poniżej.


Za jakość zdjęć przepraszam - tym razem to nie blogger, a pożyczona "mydelniczka", która musi mi chwilowo wystarczyć w zastępstwie aparatu  - własny zamordowałam, krwawych szczegółów Wam oszczędzę :-[





Nie robiłam jakiejś poważniej rewolucji. Przed malowaniem pozbyłam się tylko uchwytów i bambusowych listewek z szuflad, zostawiając jedynie okalającą ramkę. Zamierzałam też odwinąć rattanowe narożniki i zastąpić je metalowymi, ale nie znalazłam nigdzie pasującego rozmiaru, więc po prostu zamalowałam oryginalne. Uchwyty, kupione wysyłkowo, są pokryte autentyczną rdzą (wpadłam w zachwyt, kiedy z koperty wysypała się rdza i wypadł zwitek wełny stalowej do usunięcia nadmiaru! ).





Klimat, jaki chciałam uzyskać, miał przywodzić na myśl skrzynię z ładowni XIX-wiecznego żaglowca, nadgryzioną przez szczury ;-) Zależało mi, żeby powierzchnia mebla przypominała pleśń, patynę, wykwity solne czy co tam jeszcze na takich sprzętach wyleźć powinno ;-)
Na powyższym zdjęciu widać efekt zabawy z barwionym woskiem.




Napisy malowane wg szablonu własnoręcznie wyciętego w zwykłym papierze do drukarki. Postarzone jakimś wygrzebanym z szuflady specyfikiem do decoupage. Wszystko oczywiście przetarte (nie jeden raz) papierem ściernym i wełną stalową.




Przy okazji mały lifting przeszła też lampa, którą zrobiłam ponad 10 lat temu (projekt i wykonanie moje).
Dostała wtedy bukowe nogi meblowe, z braku lepszego pomysłu. Była pierwszą w serii lamp-kostek, następne miały już podstawy z metalu. Miała iść 'do ludzi', ale koniec końców została w naszej sypialni, irytując mnie zresztą tą swoją "meblowością" niemożebnie. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić... i na tym się w zasadzie kończyło, bo w końcu poza tym szczegółem spełniała swoją funkcję bez zarzutu.



Teraz pomysł nasunął się sam.
Nóżki potraktowałam tą samą farbą, dodając białe przecierki i stemplowane napisy.





Zawoskowana powierzchnia jest trochę zbyt błyszcząca jak na moje wymagania, "goła" farba przed woskiem podobała mi się dużo bardziej. Może z czasem dopracuję się techniki uzyskiwania większego matu. Ćwiczenie czyni mistrza ;-)

Wnętrze na razie zostało w pierwotnej formie - komódka ma służyć do przechowywania papierów, więc perfekcyjne wykończenie nie jest konieczne. Jeśli kiedyś zmieni zastosowanie, zawsze można to uzupełnić.
W planach mam jeszcze dodanie żelaznych (skrzyniowych) uchwytów na bokach i umieszczenie komódki dla wygody na dużych kołach, ale budżet, wiadomo. Może kiedyś :)


W każdym razie sezon na metamorfozy uważam za rozpoczęty. Spodziewajcie się zatem kolejnych, zamierzam w miarę postępów publikować co nieco, nawet mimo braku sensownego sprzętu foto.

Pozdrawiam jesiennie :)


*marki farby nie podaję, to nie jest tekst sponsorowany. Zainteresowani nazwę znajdą lub wyczytają z kontekstu.







czwartek, 2 października 2014

Odcinek zaległy, czyli drugi i ostatni.

Nieco inaczej miała wyglądać ta relacja z renowacji łóżeczka, ale życie pisze własne scenariusze.
Niestety nie będzie zdjęć narzędzi, materiałów, farb, rozrysowywania wzoru, wycinania szablonu, szczegółowych opisów, co i jak robiliśmy (część prac przy łóżeczku wziął na siebie T.).

Zamiast tego - efekty przyspieszonej i dość nerwowej sesji "after", robionej na jednej nodze. Cóż, pewne rzeczy trudno zaplanować precyzyjnie, prawowity użytkownik łóżeczka pewnego dnia postanowił się pojawić na świecie i już ;-)

Aranżacja nieco prowizoryczna - z absolutnego braku dzieciowych gadżetów.
Na szczęście nieoceniona Offca poratowała mnie całą siatą wszelakiego dobra (he he, jedna poszewka do tej pory u mnie zalega).
Zdjęcia takie sobie, ale na powtórkę nie było już czasu. Im dłużej na nie patrzę, tym mniejszą mam ochotę je publikować - zbyt długa była ta przerwa, zbyt duży dystans. Do tego blogger robi ze zdjęć absolutną masakrę - i niestety żadne próby zaradzenia temu zjawisku nie pomagają. Dlatego nie zasypię Was tasiemcem, ilość fotek będzie całkiem ascetyczna.
Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.











Nasze koty też wypożyczyły co nieco do sesji ;)





Dobranoc.
Pchły na noc ;-)

piątek, 30 maja 2014

Bajka o Łóżeczku. W odcinkach.

Za górami, za lasami, za siedmioma jeziorami...
No dobra, z tymi górami to przesadziłam. Co najwyżej jakaś morena ;-)

Właściwie to nie wiem, jak zacząć ten wpis.
Bo rzecz, która absorbowała mój czas w ostatnich tygodniach należy do tych dość nietypowych, mimo, że trochę meblowych renowacji mam już na swoim koncie.
Nieczęsto zdarza się, zwłaszcza w naszym kraju, by ojciec miał okazję usypiać swego syna w łóżeczku, w którym sam spał jako niemowlę.
Sami rozumiecie - jak mogłam się nie podjąć? Mimo, że stan wyjściowy był naprawdę ogromnym wyzwaniem.

Początki mebelka są  mgliste i nieznane. Dość zamierzchłe w każdym razie.
Zacytuję:
"(...) Mamy łóżeczko.
Jeszcze po B. .
I jakichś przodkach. (...)".

Łóżeczko w lutym tego roku wyglądało tak:


A na zbliżeniach było jeszcze ciekawiej:



Zdjęcia (autorstwa właścicieli łóżeczka) przyjechały do nas na pendrivie razem z mebelkiem i chyba nie oddają jego stanu do końca. Kilkudziesięcioletnich obłażących farb, kurzu, pajęczyn i spróchniałych listew niegdyś podtrzymujących dno, z poutykanymi gdzieniegdzie plewami.

Pierwotne plany (najpierw opalarka, resztki się zeszlifuje, a malowanie to już sama przyjemność) spaliły na panewce. "Proste cztery dechy" okazały się czterema dechami zaopatrzonymi w 22 szczebelki. Z niezliczoną ilością cieniutkich roweczków. Nie było rady - poszły w ruch zajzajery:




Nienawidzę tej metody.
Wbrew radosnym zapewnieniom producentów, że żel zdejmuje za jednym razem do 14 warstw lakierów, proces jest żmudny, mozolny i wymaga wielokrotnego powtarzania. A przy tym śmierdzi i truje. Ale mój ulubiony środek w proszku (nb. od lat niedostępny na polskim rynku, ciekawe dlaczego?), nawet nie ruszył fragmentu, gdzie nałożyłam go na próbę. Ki czort to malował i czym?!



Na zdjęciu w użyciu cyklina, zakupiona niegdyś jako wyposażenie opalarki. Została specjalnie przystosowana przez T. - każdy z rogów trójkąta zyskał inny profil, odpowiedni do kształtu rowków, które miały różne rozmiary. Ale to tylko jedno z narzędzi. Na zmianę z nim pracowały szczotki metalowe i wełna stalowa w dwóch gradacjach.


I kolejny etap: rozbiórka na części, szlifowanie i mycie.
I znów: wełna stalowa, gąbki ścierne, papier, pilniki, szczotki: mosiężna i ryżowa. Przydała się nawet historyczna szewska raszpla i szydło po dziadku T.



Gotowe.
Teraz klejenie, szpachlowanie, znów szlifowanie i wreszcie można się będzie wyżyć twórczo :)




Ale o tym już w następnym odcinku.

Pozdrawiam
:)




niedziela, 8 grudnia 2013

Nikt nie mowił, że będzie łatwo...

...odmieść bloga z kurzu i pajęczyn ;-)

Dla nabrania wprawy odskrobałam więc najpierw z kurzu i pajęczyn to:



"To" - czyli kufer podróżny, nabyty kilkanaście lat temu za jakieś śmieszne grosze. Atrakcyjna cena wynikała najprawdopodobniej z faktu, że ktoś radośnie kufer "odnowił" - zalepiając całość z zewnątrz grubą warstwą farby olejnej w kolorze... hm... użyję eufemizmu:  nieapetycznym musztardowym ;-)

Oczywiście od razu zabrałam się za odnawianie i - zabrakło mi czegoś-tam.
Weny, czasu, koncepcji, a może preparatu do usuwania farby - nie pamiętam.
Dość, że stało sobie takie paskudztwo lat kilkanaście, zapełnione w środku innymi paskudztwami, a mnie otrząsało na samą myśl, co (i jak) trzeba z tym zrobić, żeby zaczęło się do czegokolwiek nadawać.

Kolejne podejście nastąpiło równo rok temu - i ograniczyło się do wyrzucenia/rozdania/przeprowadzki zawartości. I znowu zawisło. Za to koncepcja zdążyła się w międzyczasie ukształtować, a w ciągu kolejnych miesięcy stopniowo nabrać realnych kształtów.

Zdjęć z etapów pośrednich nie będzie, mam nadzieję, że mi to wybaczycie.
I tak nie miały szans oddać kłębów kurzu unoszących się z odrywanej wyściółki ani trujących oparów "zjadacza powłok lakierniczych". Ani specyficznego zapachu staroci, stęchlizny i strychu-piwnicy, który długo nie dawał się niczym usunąć.

Za to efekt końcowy całkiem mi się podoba i wygląda tak:





Niestety, blogspot robi mi z powyższych zdjęć jakąś kompletną porażkę, zupełnie nie widać faktury płótna, którą to mozolnie odskrobałam spod grubej warstwy farby.  Mam nadzieję, że na zbliżeniach będzie to lepiej widoczne.



Naoglądałam się w sieci fotek podobnych kufrów pomalowanych (a właściwie zalepionych) na biało po całości, wraz z okuciami - i wiedziałam, że tego stanowczo nie chcę. Nie chciałam też mocnego kontrastu płótna i okuć, co w moim odczuciu wygląda jak kiepska replika. Dlatego okucia i elementy skórzane zostały tylko lekko przetarte na jaśniejszy odcień. No i nie mogłam sobie odmówić kolejnej edycji numerków (klik), do których dołączył motyw korony zaczerpnięty stąd (klik).


Motywy malowałam ręcznie, lekko tylko posiłkując się ołówkową odbitką. Lekko, bo na grubym płótnie za nic nie chciała się odbić  :)))



Środek wykleiłam tapetą - uwaga - 'Hello Kitty' :)))
Wymarzyły mi się pastelowe niebieskie paseczki i taka akurat była dostępna w markecie budowlanym w całkiem przystępnej cenie. Nie, nie ma na niej tych słodkich rysuneczków, mam całą rolkę neutralnych pasków do wykorzystania w kolejnych pracach :)


W środku pozują pokazywane już kiedyś bobinki i piękny lniany woreczek na lawendę, prezent od edyty350 :)



A w kolejce czeka jeszcze jeden, tym razem znacznie większy, kufer podróżny. W stanie równie zachęcającym, co jego mniejszy braciszek.
Może kiedyś, za kolejnych kilkanaście lat... ;-)

Pozdrawiam :)

niedziela, 17 lutego 2013

My się zimy... (i bonus dla wytrwałych)

...wcale nie chcemy jeszcze pozbyć.
Jeszcze nie...

Jakoś w tym roku zupełnie nie tęsknię do wiosny. Ubiegłoroczne upały tak mi się dały we znaki, że zima mogłaby trwać teraz pięć lat bez przerwy. Zwłaszcza taka - na plusie albo lekki mrozik, umiarkowanie dużo śniegu, od czasu do czasu słoneczko.

O, całkiem fajnie jest też tej starociowej parce łyżwiarzy na moim ATC (a znalezionej oczywiście  tu).


Nie powiem - zmobilizowały mnie dziewczyny z ArtGrupy ATC (najbardziej to chyba długaśnymi terminami, he he). I na lutowe wyzwanie też się skusiłam :)

Praca miała być przestrzenna, więc parka jest podklejona na piance, a dodatkowo postać dziewczynki jest naklejona metodą stamp piecing:



Jednocześnie na blogu Galerii RAE inspirujemy do najnowszego wyzwania. Tym razem wytyczną jest użycie elementu metalowego. U mnie - folia z zamknięcia od jogurtu, tutaj w roli ślizgawki, nieco oszronionej :)

A teraz zmiana klimatu ;-)
Uchylam rąbka tajemnicy - czyli mały fragmencik mojego kąta scrapowego, tym razem od strony przeciwnej do tego. Bez retuszu, bez stylizacji - tak, jak tu jest na co dzień.
Dolna półka regału pusta - tu jest wylot ciepłego powietrza i ulubione kocie legowisko :)
Zdjęcia takie sobie - żeby zrobić lepsze, musiałabym wyjść na dach ;-) Za to poplamioną podłogę z płyty wiórowej widać w całej okazałości.  :D

I nie - nie jestem fanką malowania na biało wszystkiego, jak leci. Ale patrząc na te fragmenty - raczej nie ma wątpliwości, że biel potrafi nieco ujarzmić ten chaos?




Ta biała komódka z ceramicznymi gałkami jeszcze do niedawna wyglądała tak (tak, wiem, piękny vintage zbezcześciłam* ) : 



Teraz mieści tusze, pasmanterię, kleje nieskrapowe (scrapowe mam na stole, stale w użyciu), różne druty i inne mało dekoracyjne przydasie. I oczywiście - jak wszystko u mnie - czeka na dokończenie :)
Jak zima jeszcze trochę potrwa, to może uda mi się coś więcej zrobić w pracowni.

A Wy?
Wypatrujecie już z utęsknieniem końca zimy?

Pozdrawiam :)

*Jestem z pokolenia, które ten piękny vintage miało w domach z konieczności, bez możliwości ucieczki.  No i teraz za grosz szacunku, zwłaszcza jeśli vintage miało krzywo wklejone uchwyty ;-)

wtorek, 5 lutego 2013

Cywilizuję

...powoli moją pracownię.
Całość jest jeszcze nie do pokazania, ale małymi kroczkami przekształca się ze straszliwie zapuszczonej i zakurzonej rupieciarni w miejsce, gdzie można całkiem przyjemnie pracować. Tu ogromne podziękowania dla mojego T., dzięki pomocy którego moje pomysły udaje się wcielić w życie.
Ostatnio powstały drzwiczki do szafki-stojaka na to wszystko, co może stać w pionie i co jest w taflach i arkuszach. A ja te drzwiczki tylko pomalowałam i przetarłam (na resztę szafki zabrakło farby, ale też będzie biała).

Na pierwszym planie konewka - moje wieloletnie marzenie, które niespodziewanie dla mnie samej spełniło się bez wyjeżdżania z Krakowa. Była mi pisana, ot, co ;)



Numerki znalezione wieki temu  tu , przeniesione za pomocą ołówka i namalowane odręcznie. Transfer pewnie byłby łatwiejszy, ale mam tylko drukarkę atramentową, do najbliższego ksero daleko, a na myśl o smrodzeniu rozpuszczalnikiem nitro jakoś tak mnie otrząsa...



Myślę jeszcze nad przykręceniem takich okienek na wkładane etykiety - wtedy drzwiczki będą wyglądały jak przeskalowane segregatory. Ale póki co, mam tylko dwie (w dodatku czerwone, brrr) więc pomysł, nawet jeśli dojrzeje,  musi poczekać.

Pozdrawiam :)

piątek, 15 czerwca 2012

Białe

Była sobie komoda.
Wyrób Krakowskich Zakładów Meblarskich, rzucony do sklepu w ramach nadwyżki eksportowej.
Nazwa handlowa - "Komoda RAVI" ; polska norma nie obowiązuje (tak głosi pieczątka na obdartej metce, zachowanej pod blatem). Nazwy koncernu, dla którego powstała, nie będę podawać, poradzą sobie bez mojej reklamy :]
Kiedyś szczyt marzeń wnętrzarskich, ożywczy powiew tego niedostępnego, "piękniejszego świata" ;-)  Katalogi  firmy, przywożone stamtąd (tak, tak, jeden nawet wyłowiłam z pewnego francuskiego rowu i pieczołowicie suszyłam na poboczu, jednocześnie łapiąc stopa), stawiało się na honorowym miejscu na półce, a goście pożądliwie wertowali. Doooobrze, że mamy to już za sobą :)))
Oryginalny wygląd rzeczonego mebelka takoż :)

Stała na poddaszu zmasakrowana  przez koty i lata użytkowania.
Brzydka i opatrzona, w dodatku nieznośnie sosnowa. Ale wygody do tej pory nie można jej odmówić.
Więc przerobiłam ją nieco i przemalowałam. Wymagało to trochę zabawy - szuflady miały wklęsłe wycięcia w roli uchwytów, należało je załatać i zaszpachlować, żeby dało się przykręcić uchwyty takie, jakie chciałam.



















Nadanie nowego wyglądu komodzie bardzo ułatwiał fakt, że w czasach świetności zamieniłam się na szuflady z inną szczęśliwą posiadaczką takiegoż mebla  - zamiast dwóch płytkich dostałam jedną głęboką (oryginalnie po jednej stronie były trzy duże, a po drugiej sześć małych).
 























W dwóch górnych szufladkach wykorzystałam porcelanowe uchwyty, dawno temu kupione na starociach. Pozostałych sześć dokupiłam w markecie budowlanym (niestety, były tylko komplety po 6 szt. - stąd pomysł takiej improwizacji). Prawdopodobnie lepiej wyglądałyby cztery ceramiczne przy małych szufladkach - jak kiedyś uda mi się na takie trafić, to może wymienię. Nowe porcelanowe gałki nie wyglądały tu  dobrze.
Na razie więc jest jak jest. I tak mi się podoba  :)




















Nowe uchwyty po przykręceniu okazały się zbyt "śliczne", więc niechlujnie zapaćkałam je białą farbą. Być może w następnej kolejności zamaluję je jeszcze kilkoma odcieniami off-white i obdrapię, żeby wyglądały na mocno używane. Na razie trochę straciły na nowości i o to chodzi.



Komoda czeka jeszcze na nóżki - oryginalny cokół już dawno temu wywaliłam, zastępując go, dla wygody,  kółkami. Teraz wygląda, jak by wisiała w powietrzu. Stąd mój  pomysł, żeby dorobić krótkie "nibynóżki" - maskujące kółka, a niedotykające podłogi.

A na koniec stan pierwotny.
Śliczniusia była, prawda?
:D



















I w zasadzie ten post to kolejna zajawka tego, co powstaje w miejscu mojej rupieciarni, zwanej szumnie "pracownią".
Kiedyś będzie tu ładnie.
O ile mi się wcześniej nie znudzi ;-)

Pozdrawiam :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...