.
"Kiedy odkryjesz, czego najbardziej się boisz..."
Zaczęło się od bloga
drugiej szesnaście.
Znalazłam tam mianowicie wzmiankę o
tym projekcie wyzwaniowym.
No i rozpanoszyło się w mojej głowie.
Natychmiast zaczęłam się zastanawiać, czego to ja w papierowej twórczości właściwie się boję? Gdzie są moja granice? Złota farba? Nieeee, używałam jej jeszcze w czasach, kiedy jedyną farbą metaliczną dostępną dla zwykłych śmiertelników (czyli mnie) był złotol i srebrzanka, taka do kaloryferów.
Tak - to były takie czasy, kiedy na artystyczne farby akrylowe można było sobie co najwyżej popatrzeć przez ladę. Ciekawe, kto jeszcze pamięta, że te wszystkie artystyczne cuda, które dziś można kupić nawet w dyskoncie, kiedyś były dostępne tylko za okazaniem legitymacji artysty plastyka? Której to oczywiście nie posiadałam, więc dla mnie pozostawał złotol, srebrzanka i lakierowane plakatówki.
Lałam więc już wtedy ten złotol bez opamiętania. Nieco później (już wtedy "było dostępne") - paćkałam akrylówką i naklejałam płatki szlagmetalu. Nie, "złotko" to dla mnie żaden wyczyn. Tak samo, jak wszelkie chlapania, szargania, psikania i maźgania. Dla mnie wyzwaniem może być coś przeciwnego - zrobić pracę czystą i elegancką.
Co mi zatem zostało?
Ano, to.
(A w dodatku "to" w międzyczasie pięknie wpisało się w drugie wyzwanie tego projektu :) )
A więc - tadam! - moje drugie piętro:
Teraz będzie przydługie wyjaśnienie.
Kontekst pokazanej tutaj pracy sięga moich czasów studenckich.
Na skompleksiałym po kokardkę kieruneczku, na którym zachciało mi się zdobywać wiedzę, pewnego dnia pojawiło się zjawisko z całkiem innej bajki. Zajęcia z prawdziwym, żywym artystą, wykładowcą prawdziwej, najprawdziwszej ASP. Zajęcia, które wspominam do tej pory jako inne niż wszystkie, otwierające szersze horyzonty.
Były dyskusje o historii sztuki i o estetyce życia codziennego. O plastyce dziecięcej, o naszym własnym wkładzie w kreowanie otoczenia, o dziełach Caravaggia i o brudnych szyldach. Jedna z rozmów dotyczyła kolorowanek dla dzieci, takich banalnych książeczek, gdzie delikwent miał za zadanie wypełnić kolorami czarno-biały rysunek, odwzorowując kolory z identycznego, kolorowego rysunku ze strony obok.
Zostało.
Od tamtej pory przez całe życie miałam z tyłu głowy, że kolorowanie "gotowca" to coś strasznego, czynność tępa, mechaniczna, wręcz kastrująca - niszcząca świeże, twórcze spojrzenie, tę naturalną potrzebę bycia artystą, jaką każde dziecko najpierw ma, a potem bezpowrotnie zatraca.
A dorosły? ;-)
Stempelki do kolorowania pojawiły się w moim warsztacie już dobry rok temu, ale nie odważyłam się ich użyć. Aż do teraz.
I - jako skok na głęboką wodę - wybrałam kwintesencję stempelkowatości_do_kolorowania:
Tildę. W różu. Megasłodką.
Wierzcie lub nie, fajnie się ją robiło (choć długo - pewnie przez ten czas zrobiłabym co najmniej trzy layouty).
I co? Jakoś nie czuję się przez to doświadczenie mniej twórcza. A wręcz przeciwnie - nawet trochę bardziej wyzwolona? ;-) :]
Wątpiących, którzy nie wierzyli, że tak też potrafię, informuję, że mała dziewczynka we mnie miewa się dobrze ;-)
Ech, ale się wywnętrzyłam!* ;-)
A karteczka powstała oczywiście na papierach
Galerii RAE, jako moja
praca w ramach DT.
Pozdrawiam :)
* O wywnętrzaniu było
tu .