Dzisiaj będzie bez zdjęcia.
Dopiero teraz jestem w stanie o tym pisać, chociaż minęły już 3 tygodnie.
Trzy tygodnie od dnia, w którym pożegnaliśmy naszego kota, 14-letniego Oswalda.
Cztery - od dnia, w którym zawieźliśmy go do weta po raz pierwszy, z taką sobie niegroźną dolegliwością.
Banalna
infekcja, ot, jakiś wirus atakujący śluzówki. Zaczynał się weekend, nie
chcieliśmy ryzykować z czekaniem do poniedziałku na termin u naszych
stałych wetek.
Gdybyśmy wtedy wiedzieli, że nawet nieleczony ma większą szansę przeżycia...
Paraliż, błędnie interpretowany przez nas jako osłabienie,
stopniowo
postępujący w górę ciała, całe spektrum objawów neurologicznych,
wyostrzona do granic reakcja na wszelkie bodźce, wyniki nerkowe pod sam
sufit. Całkowity brak apetytu,
nieregenerowalna anemia, coraz mniej leukocytów.
Na 6 kotów z naszego domu*, które dostawały ten antybiotyk, przeżyły tylko dwa.
Do tej liczby
dochodzi jeszcze suka znajomego, z podobnymi objawami. Też nie żyje,
chociaż opiekun poruszył niebo i ziemię, żeby ją ratować.
I znów - podobne "tłumaczenie" słyszeliśmy już wcześniej:
"Hemobartonella"
"Toksoplamoza"
" FIV"
"A czy on był szczepiony na panleukopenię?"
"Musiał się gdzieś uderzyć, nie spadł Państwu?"
"Zastanówcie się Państwo, czy koty nie mogły się czymś zatruć. Może sąsiad truje wam koty?"
"To na pewno nie przez ten antybiotyk, jest bardzo skuteczny i dobrze tolerowany".
Największym cynizmem wykazał się pewien polecany wet, który na moje niedowierzanie, jak to możliwe, że kot na pierwszej wizycie miał dobre wyniki krwi i z ciekawością zwiedzał gabinet, a w tydzień później już był tak słaby, że nie mógł się podnieść, powiedział: "bo choroba nie była jeszcze rozwinięta".
Ale dobrze wiedział, co się stało, bo próbował to odwrócić, podając kotu leki stosowane właśnie przy paraliżach i niedowładach (o czym wtedy nie wiedziałam, ta wiedza przyszła znacznie później, zbyt późno).
Tamten wet zamierzał zapomnieć o wpisie do książeczki na ostatniej wizycie, zrobił to dopiero na wyraźne żądanie. Wetka, która leczyła Oswalda, zapomniała.
Dwa koty żyją.
Młode, ogólnie raczej zdrowe.
Przez
kilka pierwszych tygodni po serii tych leków wykazywały objawy
nadpobudliwości, agresji, nieprzewidywalne zachowania, nadwrażliwość na
bodźce. Starsza do tej pory miewa drgawki i zrywania mięśni, nieuzasadniona agresja
zdarza się obu kotom do dziś.
...Najsłabsza
z naszych kotek dostała tylko jedną dawkę. W ciągu doby nastąpiła
zapaść, poprzedzona objawami neurologicznymi. Dopiero teraz
skojarzyliśmy, co najprawdopodobniej ją spowodowało.
Oswald dostał cztery. Każda kolejna była gwoździem do trumny.
Po czwartej miałam pisać do wetki, że kot jest już zbyt słaby na kolejne
badania krwi. I wtedy do nas dotarło, że takie objawy przecież już wcześniej
widywaliśmy...
Ostatnia utwierdziła nas w tym, co napisałam powyżej.
..........................................................................................................................................................
Jeśli Wasz kot po powrocie od weta wyczołga się z transporterka i
zamiast jak zwykle dziarsko pomaszerować przed siebie, położy się na podłodze,
nie miejcie złudzeń: to nie stres ani osłabienie chorobą.
Zajrzyjcie
do książeczki.
Jeśli znajdziecie tam wpis z przedrostkiem enro...**
A najlepiej nie pozwólcie wetom grać w rosyjską ruletkę z Waszym zwierzęciem.
W tym magazynku jest zbyt wiele ostrych nabojów.
*Jeden z nich, to nasz były tymczas. Młody, silny kot, leczony już w domu stałym na banalną anginę.
**Enrofloksacyna to nazwa substancji czynnej. Nazwa handlowa leku może brzmieć inaczej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważne sprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważne sprawy. Pokaż wszystkie posty
środa, 11 lutego 2015
wtorek, 31 grudnia 2013
czwartek, 31 stycznia 2013
Moje nowe indywidualne wyzwanie
A może wcale nie takie nowe?
W końcu kilka scrapów wg takich wytycznych już zrobiłam.
Zasadnicza wytyczna brzmi:
Nie wyrzucaj (nie sprzedawaj, nie oddawaj, nie pozbywaj się). Wykorzystaj twórczo to, co kupiłaś (dostałaś). Nawet, jeśli to było 5 lat temu. Nawet, jeśli przestało Ci się podobać. Zwłaszcza, jeśli przestało Ci się podobać.
Ostatnio mam wrażenie, że zaczynamy ocierać się o absurd.
Z jednej strony wciąż natykam się na pomysły twórczego wykorzystania - ścinków, śmieci, opakowań, metek, etykiet, szarej tektury.
Super. Ta idea bardzo do mnie przemawia.
Z drugiej - czytam porady, żeby kupione niegdyś przydasie wyrzucić, sprzedać lub oddać, jeśli przestały się podobać. Po to, by zrobić miejsce na nowe zakupy (przepraszam, jeśli użyłam czyjegoś sformułowania w sposób zbyt dosłowny). No i...
Zaraz.
Coś mi tu nie gra.
Uprawiać twórczy recykling, jednocześnie z filozofią kupowania-wyrzucania?
Czyli - nadajemy nowe życie śmieciom, ale kupione materiały profesjonalne traktujemy gorzej niż śmieć? One na nowe życie nie zasługują? Ups...
A jakby tak spojrzeć na te nielubiane przydasie tak, jak na inspirujący śmieć?
Wiem.
Niepopularny to pogląd.
Bardzo nie po drodze z interesami sklepów, producentów i dizajntimów.
A ja przekornie dizajntimową pracę zrobiłam wg powyższych wytycznych.
W każdej (no, prawie każdej) kolekcji znajdzie się papier, który nie podejdzie. Bo kolor nie taki, bo wzór za intensywny (albo za blady), bo w ogóle nie w moim stylu i zupełnie bez sensu. Dlatego ja osobiście niezwykle rzadko kupuję całe zestawy. Ale jeśli już trafią w moje ręce, to najczęściej te "nie moje" elementy staram się traktować jako wyzwanie.
Tak było tutaj. Intensywnie różowy papier w dość dużą kratkę.
Pierwsza myśl: o, jednostronny. Na białej stronie można potrenować jakieś C&S.
Ale to byłby walkower...
I na koniec jeszcze zaległość: od Erity dostałam dwa wyróżnienia (i ups, pierwsze przeoczyłam :* ).
Za oba bardzo dziękuję i przy obu mam ten sam problem - wysłanie wyróżnienia dalej (wybór - czyli jak ktoś mądrze określił: eliminacja) przekracza moje możliwości. Podobnie jak pisanie o sobie. No, nie lubię, nie potrafię, źle się z tym czuję - i już. Moje prace mówią za mnie, czasem coś tam z nich udaje się wyczytać.
Mogę odpowiadać na pytania typu: kawa czy herbata. To jest łatwe. Odpowiedź brzmi - yerba ;-)
Przepraszam :*
A oto oba banerki :
Pozdrawiam :)
PS. Czy ktoś ma pomysł jak zgrabnie zatytułować moje nowe autowyzwanie? Jakąś etykietkę powinnam mu chyba przypiąć, prawda?
PS2. A teraz będzie mniej przyjemnie.
Właśnie się dowiedziałam (od samej autorki), że drugi banerek jest grafiką autorstwa Rae, który "dziwnym" trafem zmienił właściciela. O, tu przykład jest oryginał: klik (z moim nickiem, bo wygrałam tam pierwsze wyzwanie) .
A wcześniej plik był stemplem, o takim:
A ponieważ nie wiadomo kto jest na początku łańcuszka wyróżnieniowego i nie wiadomo, kogo brać za łeb, więc tym bardziej zastopowanie rozpowszechniania jest uzasadnione. Jeśli chodzi o ten pierwszy, bo do drugiego nic nie mam. No chyba, że też zgłosi się twórca.
I oczywiście, żeby było zupełnie bez niejasności - nie mam żadnych uwag do Erity, której tak czy owak za wyróżnienie dziękuję :)
W końcu kilka scrapów wg takich wytycznych już zrobiłam.
Zasadnicza wytyczna brzmi:
Nie wyrzucaj (nie sprzedawaj, nie oddawaj, nie pozbywaj się). Wykorzystaj twórczo to, co kupiłaś (dostałaś). Nawet, jeśli to było 5 lat temu. Nawet, jeśli przestało Ci się podobać. Zwłaszcza, jeśli przestało Ci się podobać.
Ostatnio mam wrażenie, że zaczynamy ocierać się o absurd.
Z jednej strony wciąż natykam się na pomysły twórczego wykorzystania - ścinków, śmieci, opakowań, metek, etykiet, szarej tektury.
Super. Ta idea bardzo do mnie przemawia.
Z drugiej - czytam porady, żeby kupione niegdyś przydasie wyrzucić, sprzedać lub oddać, jeśli przestały się podobać. Po to, by zrobić miejsce na nowe zakupy (przepraszam, jeśli użyłam czyjegoś sformułowania w sposób zbyt dosłowny). No i...
Zaraz.
Coś mi tu nie gra.
Uprawiać twórczy recykling, jednocześnie z filozofią kupowania-wyrzucania?
Czyli - nadajemy nowe życie śmieciom, ale kupione materiały profesjonalne traktujemy gorzej niż śmieć? One na nowe życie nie zasługują? Ups...
A jakby tak spojrzeć na te nielubiane przydasie tak, jak na inspirujący śmieć?
Wiem.
Niepopularny to pogląd.
Bardzo nie po drodze z interesami sklepów, producentów i dizajntimów.
A ja przekornie dizajntimową pracę zrobiłam wg powyższych wytycznych.
W każdej (no, prawie każdej) kolekcji znajdzie się papier, który nie podejdzie. Bo kolor nie taki, bo wzór za intensywny (albo za blady), bo w ogóle nie w moim stylu i zupełnie bez sensu. Dlatego ja osobiście niezwykle rzadko kupuję całe zestawy. Ale jeśli już trafią w moje ręce, to najczęściej te "nie moje" elementy staram się traktować jako wyzwanie.
Tak było tutaj. Intensywnie różowy papier w dość dużą kratkę.
Pierwsza myśl: o, jednostronny. Na białej stronie można potrenować jakieś C&S.
Ale to byłby walkower...
Wygarnęłam więc z pudełek prawdziwe śmieci i resztki po innych pracach. Załapały się nawet pobrudzone gesso siatki do suchych tynków, których używałam jako masek - i powstał taki eksperymentalny twór.
A o tym, co to był za papier i jakie były kolejne etapy powstawania scrapa, można poczytać na blogu Galerii RAE .
I na koniec jeszcze zaległość: od Erity dostałam dwa wyróżnienia (i ups, pierwsze przeoczyłam :* ).
Za oba bardzo dziękuję i przy obu mam ten sam problem - wysłanie wyróżnienia dalej (wybór - czyli jak ktoś mądrze określił: eliminacja) przekracza moje możliwości. Podobnie jak pisanie o sobie. No, nie lubię, nie potrafię, źle się z tym czuję - i już. Moje prace mówią za mnie, czasem coś tam z nich udaje się wyczytać.
Mogę odpowiadać na pytania typu: kawa czy herbata. To jest łatwe. Odpowiedź brzmi - yerba ;-)
Przepraszam :*
A oto oba banerki :
Pozdrawiam :)
PS. Czy ktoś ma pomysł jak zgrabnie zatytułować moje nowe autowyzwanie? Jakąś etykietkę powinnam mu chyba przypiąć, prawda?
PS2. A teraz będzie mniej przyjemnie.
Właśnie się dowiedziałam (od samej autorki), że drugi banerek jest grafiką autorstwa Rae, który "dziwnym" trafem zmienił właściciela. O, tu przykład jest oryginał: klik (z moim nickiem, bo wygrałam tam pierwsze wyzwanie) .
A wcześniej plik był stemplem, o takim:
A ponieważ nie wiadomo kto jest na początku łańcuszka wyróżnieniowego i nie wiadomo, kogo brać za łeb, więc tym bardziej zastopowanie rozpowszechniania jest uzasadnione. Jeśli chodzi o ten pierwszy, bo do drugiego nic nie mam. No chyba, że też zgłosi się twórca.
I oczywiście, żeby było zupełnie bez niejasności - nie mam żadnych uwag do Erity, której tak czy owak za wyróżnienie dziękuję :)
środa, 12 września 2012
Trafia mnie.
Szlag mnie trafia.
Mam taki feler, że kiedy widzę zdjęcie kota w miniaturze bloggera, to zaglądam.
Zaglądam - i mnie trafia, w tym roku jakoś wyjątkowo często :[
Co chwilę u kogoś na blogu pojawia się post o świeżutko urodzonych kociaczkach do oddania.
Z kotki własnej, domowej, nierasowej, niewysterylizowanej. Och, och, jaaakie to słodkie...
Nie, to nie jest słodkie.
To jest nieodpowiedzialne.
I głupie.
Masz kotkę - weź, wysterylizuj.
Nie wymawiaj się brakiem kasy.
Odłóż kasę na zabieg jeszcze zanim dojrzeje i wejdzie w ruję.
Znajdź weta, który sterylizuje młode kotki przed pierwszą rują. Unikaj konowałów, którzy twierdzą, że kotka musi raz w życiu... NIE! NIE MUSI!!! Nie musi rodzić raz w życiu, nie musi rodzić w ogóle.
Może to dla wrażliwych estetek wydać się szokujące, ale można (a wręcz należy) wysterylizować nawet kotkę, która już zaszła w ciążę.
Niech nie rodzi niepotrzebnie kociąt, niech nie powiększa nadpopulacji.
I nie jest żadnym argumentem, że "przecież już mamy dla nich domki".
Kotów jest za dużo, dużo więcej, niż potencjalnych dobrych domów.
Chciałoby się wykrzyczeć wielkimi literami: pozwalając rozmnażać się domowym kotom, zabierasz szansę na dom tym bezdomnym, uratowanym i wyleczonym przez wolontariuszy kociakom.
Tym kociakom, które urodziły się na działkach i w piwnicach; bezdomne, bo nie miał kto wcześniej zadbać, by niechciane nie przyszły na świat.
Dziesiątki wolontariuszy łapią dzikie kocice, sterylizują i wypuszczają z powrotem na wolność, a ich - urodzonym już, niestety, dzieciom szukają domów, dając szansę na lepsze życie. Wcześniej je lecząc, szczepiąc, oswajając, socjalizując, ucząc życia w domu, wśród ludzi. Dla nich cenny jest każdy dobry dom, który pozwoli zrobić miejsce następnym znajdom.
Niestety, zbyt wielu jest jeszcze ludzi, którzy doprowadzają do rozmnażania własnych, domowych kotów. Dla mnie, byłej wolontariuszki, każdy urodzony w domu kociak to bezgraniczny smutek. Nawet, jeśli jest śliczny i beztrosko broi w nowym, kochającym domku.
W czym są "gorsze" kociaki urodzone w piwnicy?
Ten został złapany na trawniku po pewnym krakowskim blokiem. Wystarczy usiąść - już jest na kolanach. Co dzień rano przychodzi pod kołdrę, poprzytulać się do ludzia. I tak cudownie mruczy.
Ten dwa razy wywinął się śmierci. Wraz z rodzeństwem został uratowany przed zamurowaniem w fundamentach sklepu, przez "miłego" pana sklepikarza. A potem przyjechał do nas, bo "nie wiadomo co mu jest, ale chyba nie przeżyje, może Wy coś wymyślicie". Przeżył, ale kosztowało nas to wiele nieprzespanych nocy. Wyrósł na wielkiego kocura o psim usposobieniu. Uwielbia jeździć na ramieniu (bagatela, 6,8 kg! ). Przytula się i mruczy.
Ta była dorosła. Zanim do nas trafiła, odchowała kocięta pod śmietnikiem. Kocięta znalazły domy, ona nie - zwykła, stara, nieładna buraska. Z uszkodzonym płucem nie przeżyłaby zimy.
I tak można by długo...
PS. Zdjęcie pochodzi z naszego domowego archiwum, przedstawia jednego z naszych byłych tymczasów, w trakcie dokarmiania strzykawką. Bury dzikusek, złapany na pewnym osiedlu. Łobuz, jakich mało, aktualnie wielki, piękny zadbany kocur w bardzo dobrym domu. Oczywiście wykastrowany, podobnie jak jego brat, z którym dzieli domek :)
PS2. Na blogu u SentiMenti jest bardzo sugestywny rysunek. To dla tych nieprzekonanych, którzy jeszcze uważają, że nic się nie stanie, jeśli jedna kotka urodzi...\
Edit 26.03.2014.
Dla tych, którzy jeszcze są nieprzekonani - przeczytajcie tego posta http://matkatylkojedna.blogspot.com/2014/03/nie-gwacic-kotka-prosze.html#.UzNXR87JD8k
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Ogrodowo
.
Kilka "szerokich planów" z ogrodu, z wczoraj.
Po trwającej przez całą wiosnę* suszy (wiem, wiem, to była ta piękna pogoda, za którą po jednym dniu deszczu wszyscy już tęsknią) ogród wreszcie oddycha. Zieleń zrobiła się zielona, kwiaty nabrały kolorów.
Liście szczęśliwe, stoją sztywno, nie leżą zmięte na wypalonej ziemi.
A ja wreszcie mogłam zrobić kilka zdjęć, zamiast biegać z konewką i stać z wężem, patrząc bezradnie, jak kolejne rośliny umierają z braku wody.
Tak, deszcz jest potrzebny, nawet jeśli "dzieci się nudzą".
Choćby po to, żeby było z czego upiec chleb. O czym najwyraźniej zapominają dziennikarze, prezenterzy "pogodynek", a w ślad za nimi tzw. zwykli ludzie. Ci, którzy na pogodę patrzą przez pryzmat wycieczek, pikników, opalania i zabaw dziecięcych...
Jak to dobrze, że oni nie mają wpływu na pogodę, bo byśmy mieli nieustający upał 35 stopni.
I pustynię...
Pozdrawiam
*Tak naprawdę, to ta susza trwała od sierpnia 2011 roku. Piękna słoneczna jesień, bezśnieżna zima i sucha wiosna z temperaturami powyżej 30 stopni. Całkowity brak deszczu w maju, wtedy, kiedy deszcz roślinom, także tym uprawnym, które trafiają do naszych kuchni, jest potrzebny najbardziej (tak, owszem, było chłodno, ale przez cały maj u nas padało...godzinę).
Być może popsułam niektórym humor tym wpisem, ale musiałam.
Przepraszam.
Kilka "szerokich planów" z ogrodu, z wczoraj.
Po trwającej przez całą wiosnę* suszy (wiem, wiem, to była ta piękna pogoda, za którą po jednym dniu deszczu wszyscy już tęsknią) ogród wreszcie oddycha. Zieleń zrobiła się zielona, kwiaty nabrały kolorów.
Liście szczęśliwe, stoją sztywno, nie leżą zmięte na wypalonej ziemi.
A ja wreszcie mogłam zrobić kilka zdjęć, zamiast biegać z konewką i stać z wężem, patrząc bezradnie, jak kolejne rośliny umierają z braku wody.
Tak, deszcz jest potrzebny, nawet jeśli "dzieci się nudzą".
Choćby po to, żeby było z czego upiec chleb. O czym najwyraźniej zapominają dziennikarze, prezenterzy "pogodynek", a w ślad za nimi tzw. zwykli ludzie. Ci, którzy na pogodę patrzą przez pryzmat wycieczek, pikników, opalania i zabaw dziecięcych...
Jak to dobrze, że oni nie mają wpływu na pogodę, bo byśmy mieli nieustający upał 35 stopni.
I pustynię...
Pozdrawiam
*Tak naprawdę, to ta susza trwała od sierpnia 2011 roku. Piękna słoneczna jesień, bezśnieżna zima i sucha wiosna z temperaturami powyżej 30 stopni. Całkowity brak deszczu w maju, wtedy, kiedy deszcz roślinom, także tym uprawnym, które trafiają do naszych kuchni, jest potrzebny najbardziej (tak, owszem, było chłodno, ale przez cały maj u nas padało...godzinę).
Być może popsułam niektórym humor tym wpisem, ale musiałam.
Przepraszam.
niedziela, 19 lutego 2012
Antydepresyjne
A przynajmniej starałam się, żeby takie były.
Kartki na akcję Ady ze Scrappo, o której już wcześniej pisałam - na Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją.
Nie jest chyba tajemnicą, że kartki nie są moją mocną stroną, a krótki czas na ich wykonanie nie pozwolił ich lepiej dopracować.
Ale są. Chciałam, żeby były jasne i wiosenne - stąd użycie wiosennych motywów od RAE.
I zbiorówka:
Pozdrawiam :)
Kartki na akcję Ady ze Scrappo, o której już wcześniej pisałam - na Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją.
Nie jest chyba tajemnicą, że kartki nie są moją mocną stroną, a krótki czas na ich wykonanie nie pozwolił ich lepiej dopracować.
Ale są. Chciałam, żeby były jasne i wiosenne - stąd użycie wiosennych motywów od RAE.
I zbiorówka:
Pozdrawiam :)
środa, 23 listopada 2011
Strukturalna hybryda z kieszonką
czyli naciąganie na wyzwanie ;-)
Nie brałam udziału, nie brałam udziału, nie brałam udziału...
I jak już wzięłam, to w trzech naraz. Znaczy się, naciągnęłam jedno małe ATC do trzech wyzwań.
Zetti - czyli niesamowite wyzwanie bloga Craft Artwork.
Od razu wiedziałam, że muszę natychmiast co takiego zrobić, choćby nie wiem co się działo, muszę.
I rzeczywiście, zrobiłam natychmiast - jeszcze tego samego dnia (nocy, znaczy się).
Kieszonka zrobiła się sama - no, przecież gdzieś ten tytuł trzeba było upchnąć! Nie wypadało go (jak to zwykle czynię) napisać na maszynie do pisania.
A strukturalne są chyba wszystkie moje prace, więc się załapało.
No i powstała hybryda.
Monster ;-)
Chyba go nawet lubię.
Biedactwo nie ma imienia.
Może Jacuś?
No i co z tego, że na szpilkach?
;-]
Na mocno przetworzonych papierkach Galerii Rae, o tych.
I jeszcze taki apel, który znalazłam na blogu Oli_83:
Zdecydujmy się na kupno prezentów Bożonarodzeniowych od drobnych przedsiębiorców, ze sklepu z rękodziełem, od sąsiada, który robi wszystko, aby utrzymać swój sklepik, od przyjaciółki, która wytwarza niepowtarzalne rzeczy, od tego, który oparł się globalizacji w naszych okolicach... Zróbmy tak, aby nasze pieniądze dotarły do zwykłych ludzi, którzy ich potrzebują, nie do firm międzynarodowych i wielkich przedsiębiorców, którzy płacą zbyt mało swoim pracownikom i przemieszczają firmy w inny koniec świata... robiąc tak więcej osób będzie mogło przeżyć szczęśliwe Boże Narodzenie. Jeśli się zgadzasz, skopiuj to i wklej na swojej tablicy.
Na zbuku mnie nie ma (podobno to świadczy o nieistnieniu? - w sumie ciekawiej jest nieistnieć niż istnieć wszędzie, gdzie nakazują stadne trendy), wklejam więc tu.
Co prawda handmejdoholiczek nie trzeba namawiać do "niekorporacyjnego" pozyskiwania prezentów, ale może warto to rozciągnąć na inne rejony życia? Zamiast w hipermarkecie, kupić mąkę i suszone śliwki na lokalnym targu?
Zwłaszcza teraz, kiedy weszło w życie nowe prawo przeciwko "babciom z pietruszką"... :/
Wiem, wiem, świata nie zbawimy...
A może jednak?
Pozdrawiam :-)
Nie brałam udziału, nie brałam udziału, nie brałam udziału...
I jak już wzięłam, to w trzech naraz. Znaczy się, naciągnęłam jedno małe ATC do trzech wyzwań.
Zetti - czyli niesamowite wyzwanie bloga Craft Artwork.
Od razu wiedziałam, że muszę natychmiast co takiego zrobić, choćby nie wiem co się działo, muszę.
I rzeczywiście, zrobiłam natychmiast - jeszcze tego samego dnia (nocy, znaczy się).
Kieszonka zrobiła się sama - no, przecież gdzieś ten tytuł trzeba było upchnąć! Nie wypadało go (jak to zwykle czynię) napisać na maszynie do pisania.
A strukturalne są chyba wszystkie moje prace, więc się załapało.
No i powstała hybryda.
Monster ;-)
Chyba go nawet lubię.
Biedactwo nie ma imienia.
Może Jacuś?
No i co z tego, że na szpilkach?
;-]
Na mocno przetworzonych papierkach Galerii Rae, o tych.
I jeszcze taki apel, który znalazłam na blogu Oli_83:
Zdecydujmy się na kupno prezentów Bożonarodzeniowych od drobnych przedsiębiorców, ze sklepu z rękodziełem, od sąsiada, który robi wszystko, aby utrzymać swój sklepik, od przyjaciółki, która wytwarza niepowtarzalne rzeczy, od tego, który oparł się globalizacji w naszych okolicach... Zróbmy tak, aby nasze pieniądze dotarły do zwykłych ludzi, którzy ich potrzebują, nie do firm międzynarodowych i wielkich przedsiębiorców, którzy płacą zbyt mało swoim pracownikom i przemieszczają firmy w inny koniec świata... robiąc tak więcej osób będzie mogło przeżyć szczęśliwe Boże Narodzenie. Jeśli się zgadzasz, skopiuj to i wklej na swojej tablicy.
Na zbuku mnie nie ma (podobno to świadczy o nieistnieniu? - w sumie ciekawiej jest nieistnieć niż istnieć wszędzie, gdzie nakazują stadne trendy), wklejam więc tu.
Co prawda handmejdoholiczek nie trzeba namawiać do "niekorporacyjnego" pozyskiwania prezentów, ale może warto to rozciągnąć na inne rejony życia? Zamiast w hipermarkecie, kupić mąkę i suszone śliwki na lokalnym targu?
Zwłaszcza teraz, kiedy weszło w życie nowe prawo przeciwko "babciom z pietruszką"... :/
Wiem, wiem, świata nie zbawimy...
A może jednak?
Pozdrawiam :-)
poniedziałek, 21 listopada 2011
:)
Na oko.
Bez przepisów, już od dawna.
Z mąki z małego młyna.
Taki mój mały, osobisty protest przeciwko bylejakości tego, co nas otacza...
czwartek, 28 lipca 2011
NIE dla GMO!
Przeczytajcie.
U Green Canoe, u Mimi, MyZorki.
Podpiszcie, jeśli nie jest Wam obojętne, co będziemy jeść my, co będą jeść następne pokolenia.
Jeśli to przejdzie, nie będzie już odwrotu. Nigdy.
Nawet jeśli za kilka lat wejdzie zakaz, będzie za późno.
Z tym przyroda sobie sama nie poradzi.
Podpiszcie petycję.
sobota, 4 czerwca 2011
Zielono mi :)
ATC na Wyzwanie SP, tym razem temat - zwierzęta polne.
Żaby wypatrzyłam w katalogu ze smarami rowerowymi, który przyjechał ze stertą innych śmieci z mężowskiego wyścigu i natychmiast zagarnęłam pod siebie ;-)
Nie musiały czekać długo, bo akurat pojawiło się adekwatne wyzwanie.
Podkleiłam pianką 3D, dodałam embossowane i wytuszowane trawki, podkleiłam wszystkie elementy schodkowo, tak, żeby wystawały "zza kulis".
I dodałam trochę brokatu.
W końcu coś musi się odznaczać, skoro żaby się tak pięknie maskują.
Przy okazji trudno mi się powstrzymać od pogadanki dydaktycznej.
Wiele z nas ma ogrody. To, czy w naszych ogrodach znajdzie się miejsce dla drobnych zwierząt, zależy w dużym stopniu od nas. Może czasem warto zostawić kopczyk zbutwiałych liści, stertę gałęzi, "rezerwat", choćby najmniejszy, perzu i pokrzyw, kupkę kamieni - nie sprzątać skrupulatnie wszystkiego, co nam nie pasuje do wizerunku "ślicznego ogródka".
Patrzę na ogrody moich sąsiadów..
Kostka brukowa, agrowłóknina, rabaty skrupulatnie wysypane korą lub żwirem, na rabatach iglaki i rododendrony (bo "nie śmiecą"), a właściciele tych "rajów na ziemi" co rusz biegają z opryskiwaczem.
Zabić, zniszczyć wszystko, co nie pasuje. Nie ma prawa rosnąć chwast, nie ma prawa żerować gąsienica. Co z tego, że z gąsienic wyrastają piękne motyle. Niech jedzą liście gdzie indziej, nie w MOIM ogródku....
A u mnie wieczorem latają świetliki.
Tupie jeż, czasem dwa jeże. Czasem małe jeżęta.
W suchej ziemi pod ścianą drążą gniazda pszczoły murarki.
W sierpniu zalatują zawisaki.
Zanim zrujnowano łąkę za naszym płotem, co roku na wiosnę przychodziła żaba wodna, pomieszkać w naszym wielkim "stawie" (kaster budowlany z pompką obiegową).
Pod stertą kamieni mieszka ropucha, czasem w wielkie upały przychodzi pomoczyć się w wodzie, wtedy się cieszę, że jeszcze jest. Mam nadzieję, że będzie i w tym roku, że nie zatruła się insektycydami, którymi hojnie szafują wszyscy dookoła...
Pochwałę bałaganu w ujęciu Marty możecie przeczytać tutaj.
Pozdrawiam :)
Żaby wypatrzyłam w katalogu ze smarami rowerowymi, który przyjechał ze stertą innych śmieci z mężowskiego wyścigu i natychmiast zagarnęłam pod siebie ;-)
Nie musiały czekać długo, bo akurat pojawiło się adekwatne wyzwanie.
Podkleiłam pianką 3D, dodałam embossowane i wytuszowane trawki, podkleiłam wszystkie elementy schodkowo, tak, żeby wystawały "zza kulis".
I dodałam trochę brokatu.
W końcu coś musi się odznaczać, skoro żaby się tak pięknie maskują.
Przy okazji trudno mi się powstrzymać od pogadanki dydaktycznej.
Wiele z nas ma ogrody. To, czy w naszych ogrodach znajdzie się miejsce dla drobnych zwierząt, zależy w dużym stopniu od nas. Może czasem warto zostawić kopczyk zbutwiałych liści, stertę gałęzi, "rezerwat", choćby najmniejszy, perzu i pokrzyw, kupkę kamieni - nie sprzątać skrupulatnie wszystkiego, co nam nie pasuje do wizerunku "ślicznego ogródka".
Patrzę na ogrody moich sąsiadów..
Kostka brukowa, agrowłóknina, rabaty skrupulatnie wysypane korą lub żwirem, na rabatach iglaki i rododendrony (bo "nie śmiecą"), a właściciele tych "rajów na ziemi" co rusz biegają z opryskiwaczem.
Zabić, zniszczyć wszystko, co nie pasuje. Nie ma prawa rosnąć chwast, nie ma prawa żerować gąsienica. Co z tego, że z gąsienic wyrastają piękne motyle. Niech jedzą liście gdzie indziej, nie w MOIM ogródku....
A u mnie wieczorem latają świetliki.
Tupie jeż, czasem dwa jeże. Czasem małe jeżęta.
W suchej ziemi pod ścianą drążą gniazda pszczoły murarki.
W sierpniu zalatują zawisaki.
Zanim zrujnowano łąkę za naszym płotem, co roku na wiosnę przychodziła żaba wodna, pomieszkać w naszym wielkim "stawie" (kaster budowlany z pompką obiegową).
Pod stertą kamieni mieszka ropucha, czasem w wielkie upały przychodzi pomoczyć się w wodzie, wtedy się cieszę, że jeszcze jest. Mam nadzieję, że będzie i w tym roku, że nie zatruła się insektycydami, którymi hojnie szafują wszyscy dookoła...
Pochwałę bałaganu w ujęciu Marty możecie przeczytać tutaj.
Pozdrawiam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























