niedziela, 10 stycznia 2021

Co dwa dni prorok ;-)

Obiecywałam ten hurt, obiecywałam - no i w zasadzie (prawie) jest. 

Dzisiaj minimum twórczości literackiej, bo zdjęć będzie bardzo dużo.

Cieńsze, z klasycznej nitki skarpetkowej, 400-420 m/100 g. Wszystkie do bólu pragmatyczne, proste, gładkie, bez strukturalnych ściegów, dziergane tą samą metodą od palców ("Mgliste" wg IK). Mają mieścić się w butach. I tyle. Robotę robi kolor.

Taki stosik mi oto urósł, a to jeszcze nie wszystko ;-)

Idąc od góry:

Najnowsze "cieniasy", z turkusowego Austermanna z biferno.pl. Bardzo fajna włóczka, przyjemna w robocie, ciepła w noszeniu. Jeszcze do niej wrócę. 



Tygrysie blokery od Wiedźmy z Młyna
Zamierzałam kupić inne, ale jak zobaczyłam na wieszaku tego tygrysa, to przepadłam :)
Blokery od Ani to w ostatnim czasie hicior w dziewiarskim światku - cieszą się zasłużoną popularnością. U mnie nie służą do suszenia skarpet, zaprzęgam je tylko do pracy twórczej. Rozwiązują większość aranżacyjnych problemów ;-)


Blokery blokerami, ale te galopujące reniferki też robią robotę. A to tylko "skutki uboczne".
Szkoda, że do Młyna mam 100 km, bo bym częściej zbierała śmieci spod lasera ;-)



Kilka osób pytało mnie ostatnio, jak zamykam oczka w ściągaczu, że jest elastyczny i nierozwleczony. Trafiłam kiedyś na youtube na metodę "Grandma`s stretchy bind off". Sprawdza mi się znacznie lepiej od włoskiego zakończenia, które, choć piękne, w skarpetkach było jednak zbyt ścisłe. 
Dla zainteresowanych link do filmiku: https://youtu.be/cSXptYiddmk 
Pani ma też instrukcję dla podwójnego ściągacza innym filmie.

A tak wygląda samo zakończenie:



Skarpetki drugie od góry to też włóczka z biferno, Fortissima Schoeller+Stahl, z wyczerpanej już serii kolorów "Fruits". Zakochałam się w tej nitce, ciepła i puszysta, w dzierganiu sama przyjemność. Chcę więcej :)




I już ostatnie na dzisiaj, "Kobalt" to moja farbowanka na Trekkingu Zitrona. Tu muszę wyznać, że nie zachwyca mnie ta nitka. Mam z niej już dwie wcześniejsze pary skarpetek, owszem - są bardzo trwałe i odporne, ale to ich chyba jedyna zaleta. W robocie sznurek, a w noszeniu zimne. Robiłam je bez większego przekonania, bardziej z ciekawości, jak wyjdzie kolor w robótce. I raczej do tej włóczki wracać nie będę, sprawdza się dobrze w roli pięty i niedużych akcentów koloru, ale do tego wystarczą te resztki, które mi zostały.





Już w połowie stopy żałowałam, że nie zdobyłam się na jakiś ażur albo warkocz. Przynajmniej nie byłoby nudno, a skarpetki będą i tak do noszenia podwójnie z innymi, ciepłymi, do luźnych butów, nomen omen, trekkingowych. Albo po domu.

Najniższy poziom w stosiku pokażę w osobnym wpisie, żeby nie zamęczyć Was i siebie. Bo na dziś wystarczy. Przepychanki z nowym bloggerem są jednak dość wyczerpujące ;-)

Pozdrawiam Was serdecznie
A maniaczki skarpetkowe i początkujące adeptki pozdrawiam podwójnie :)

piątek, 8 stycznia 2021

Best before... ;-)

Wrzucam, zanim się przeterminuje.

Na temat czasu świątecznego, do kiedy go liczyć znaczy się, zdania są co mocno podzielone. Do Nowego Roku, do Trzech Kró... ekhm... Bogiń, do Małanki, do Gromnicznej... No i pewnie jeszcze kilka dat granicznych by się znalazło. Ale jak nie teraz, to kiedy? No to nie czekając na hurt (hurt się obrabia powoli, sesja po sesji), wrzucam kolejne skarpetki. 

Też grubasy, tym razem z 150 gramowego motka Irish Rainbow Colours Austermana, zdjętego z półki w Biferno, dokąd wyciągnęła mnie któregoś listopadowego dnia niezawodna Aga. 




Włóczka jest z tych, co same układają się w paski. I pewnie można się postarać, żeby obie skarpetki były takie same, ale... po co? Tak jest ciekawiej :)
I dzierganie dwóch naraz z obu stron motka eliminuje ryzyko "syndromu jednej skarpetki" ;-)



A tu "dwóch takich, co kradli choinki", fotografia do kartoteki.
Kilku takich delikwentów udało się wygarnąć z piwnicy teścia i zagonić do uczciwej pracy ;-)



Pozdrawiam Was ciepło
i wracam do porządków w pracowni. 
Dokopałam się już do pokładu z ery wczesnego koralika. Znaleziska bezcenne ;-)



środa, 6 stycznia 2021

Grubo

Trudno się wraca do publikowania. 

Zwłaszcza po roku, który niemal w całości polegał na slalomie między absurdami, na których Mrożek, Bareja i Monty Python mogliby nabić sobie guza. Albo nawet porozbijać główki.

No więc nie pokazywałam. Niczego. Nawet tego, co udało mi się zrobić i nie zjeść ;-)

No, ale trzeba podjąć tę próbę, mimo wszystko. Na początek takie jedne skarpetki. Miał być post hurtowy, ale siedzenie przed ekranem mnie przerosło. Tak, mam ciężki ekranowstręt. Onlinowstręt. Sieciowstręt. Mediowstręt. To tytułem wyjaśnienia, dlaczego nie pokazuję i nie komentuję. Przepraszam bez poczucia winy ;-)

A teraz rzeczone skarpetki. Grubasy. Barterowe. Dla Z. Powstały w ramach filozofii "zero waste" - w całości z włóczek wyszperanych przez Z. w norweskich grzebokach (Marto, uwielbiam Cię za to określenie!).  Szkoła kombinowania - połączenie nie tylko kolorów, ale i różnej grubości włóczek.






No dobra. Chyba się udało.
Trzymajcie kciuki, żeby mi motywacja nie siadła. 
Pozdrawiam Was ciepło, adekwatnie do tematu posta ;-)

PS. Za pierniczki użyte do sesji dziękuję Marcie F.  Są świetne, nie tylko do zdjęć ;-) 
Dawkujemy sobie oszczędnie, jeszcze kilka zostało.

piątek, 15 listopada 2019

Czas czapek vol.2

...nam nastał ;-)

Już dawno miałam ochotę wydziergać coś z koralikami.
Co chwilę któraś dziewiarka wodziła na pokuszenie.
Nawet opis chusty z poprzedniego posta kusił dodatkiem koralików, ale świadomie z nich zrezygnowałam. Miałam przekonanie, że w ciepłej chuście będą tylko chłodziły i obciążały udzierg.
Ale już maleńkie koraliki wplecione w czapkę - o, to będzie to!

Na pewnym spotkaniu zauroczyła mnie prototypowa czapeczka Doroty, z koralikami, a jakże!  Leciutka, z pięknego merynosowego singla, taka wersja na chłodniejsze jesienne wieczory, zanim przyjdą większe przymrozki.
I kiedy Dorota zdradziła, że wzór się już spisuje, to decyzja o testowaniu Jaipur Hat zapadła natychmiast.

Test właśnie się zakończył, wzór jest już dostępny na Raverly (klik!), a mnie nie pozostaje nic innego, jak pochwalić się moim wykonaniem.



Moja "Jaipurka" to wersja grubsza niż prototyp, powstała z połączenia resztki Socka Malabrigo w kolorze Aquas i niebieskiego moherku z własnego farbowania, pozostałego po wydzierganiu Magnolii. Nitki wybrałam po dłuższym namyśle - pod kolor koralików, których koniecznie-koniecznie chciałam użyć.

To wariant z mniejszej ilości oczek - w opisie wzoru widnieje jako rozmiar dziecięcy ale u mnie jest po prostu z grubszej włóczki. Długość czapki również łatwo dostosować do swoich upodobań, odpowiednio dodając lub zmniejszając ilość powtórzeń wzoru. U mnie mocno skrócona, bo w takich czapkach czuję się najlepiej.





Oryginalnym detalem, który dodatkowo wyróżnia czapkę, jest "magiczny guziczek" - taka alternatywa dla wszechobecnych pomponów.


I jeszcze "Jaipurki portret własny" - jak mówią dziewiarki, na plaskacza ;-)



Czapka już była noszona, sprawuje się bardzo dobrze.
Przyznam, że trochę się obawiałam tego moheru, bo czoło to mój chyba jedyny słaby punkt, jak idzie o gryzienie. Czoło achillesowe? ;-)
Ale jest dobrze - póki co, moherek zachowuje się bardzo przyzwoicie. I mam nadzieję, że w chłodniejsze dni będzie grzał przykładnie :)

Pozdrawiam serdecznie :)

piątek, 4 października 2019

Wszystko czerwone ;-)

I w dodatku wszystko już było.
A przynajmniej ten wzór, bo to już druga odsłona chusty Secession w moim wydaniu.

No, może nie tak, że wszystko. Czerwonego nie było.
Tak, dobrze widzicie.
Nie zielony. Nie niebieski. Nawet nie ziemisty i nieokreślony.
Czerrrwony!
No dobra. Nie dla mnie.
Dla pewnej czarnowłosej wielbicielki tego koloru, która, notabene, wygląda w nim świetnie. I zakochała się w mojej "ArtDeco(mpression)".

Co prawda ten odcień czerwieni nie bardzo chce współpracować z matrycami aparatów, ale za to na żywo prezentuje się bardzo efektownie.

A ja się zakochałam w tym wzorze.
Nie będę ukrywać - dzierganie tej chusty wciąga jak nałóg.
Dlatego wybrałam ją jako robótkę wakacyjną na tegoroczne letnie wyjazdy. Robiona w różnych "międzyczasach" - w samochodach, samolotach, na lotniskach. Przy wieczornych pogaduchach, między zajęciami warsztatowymi - tu pół godziny, tam 15 minut.


Tekstu dzisiaj mało - bo wszystko o tej chuście zostało powiedziane już wcześniej.

Materiał to dropsowy Nord - pierwszy raz miałam tę włóczkę na drutach i pewnie nie będzie ostatni.
Robiło się z niej nadspodziewanie przyjemnie, a efekt przeszedł moje oczekiwania.
Chusta wyszła mięsista, lejąca i bardzo ciepła.





I jeszcze spojrzenie z lotu ptaka ;-)


Pozdrawiam Was serdecznie :)

piątek, 16 sierpnia 2019

Z tysiąca i jednej...

...

Gdzie byłam, jak mnie nie było?

W Samarkandzie.
Na wakacjach?
Nie. Na drutach.
W ramach kolejnego testu ;-)


Samarkanda - tak nazywa się najnowszy projekt Doroty Morawiak-Lichoty, znanej jako Knitolog w Podróży. Wzór właśnie opublikowany, dostępny na Raverly.



Taki orientalny klimacik.
Zajrzyjcie na Raverly, jakie piękne tło do zdjęć miał prototyp (zaprezentowany na autorce wzoru). Prawdziwie podróżnicze.
U mnie tło swojskie, nadwiślańskie, krakowskie. A właściwie to podgórskie i kazimierskie, jeśli wiecie o czym ja mówię ;-)

Ale żeby jednak pozostać w klimacie orientalnym, wyczarterowałam sobie szarawary do sesji. Kozackie ;-) Od chłopa własnego, najwłaśniejszego. Swojskiego, małopolskiego.




Ale wróćmy do udziergu, bo to jemu jest poświęcony ten wpis.

"Samarkanda" (klik!) to bezszwowy sweterek robiony od góry, z okrągłym karczkiem podkreślonym dwoma liniami ażuru i wyrafinowanym wykończeniem dekoltu, rękawów i dołu. Projekt idealny na letnią bluzeczkę, ale świetnie też wygląda zrobiony z cieplejszej puchatej niteczki.
U mnie jak zwykle w wersji oversize, z poszerzanym korpusem o linii A, mojej ulubionej. Ale zwolenniczki dopasowanych fasonów znajdą w projekcie precyzyjnie rozpisane modelowanie korpusu.



Moja wersja powstała z dosyć nietypowej włóczki - to włoska mieszanka lnu i jedwabiu w równych proporcjach, o przemysłowym przeznaczeniu. Składa się z sześciu osobnych cieniutkich niteczek, z których jedna ma wpleciony cieniutki srebrny lureks. Przyznam się, że długo nie mogłam się przekonać do tego połyskującego efektu i w efekcie cewka przeleżała rok w szafie, a ja przekładając ją z miejsca na miejsce nie raz myślałam o znalezieniu jej lepszego domu ;-)
Aż niespodziewanie okazała się idealną włóczką na ten projekt, chociaż przysporzyła mi nieco frustracji - na nic pranie próbki i obliczenia, sweterek po blokowaniu rozciągnął się niemiłosiernie na długość. Ale przecież bez prucia się nie liczy, co z tego, że na łeb, na szyję przed samą publikacją ;-)



Spójrzcie, jak to się fantastycznie układa:



Jeszcze zdążę ponosić w tym sezonie :)


Pozdrawiam Was bardzo serdecznie :)

środa, 22 maja 2019

Wrzesień w maju ;-)

No, to akurat by się zgadzało.

Ale nie, nie o pogodę tym razem chodzi.

Chodzi o nowy sweterek, który miałam przyjemność testować.
Sweet September, projekt Doroty 'Knitolog' Morawiak zwany przez grono testerek pieszczotliwie Septemberkiem. We wrześniu ubiegłego roku, na Drutozlocie, miałam okazję zobaczyć go po raz pierwszy na autorce. Stąd nazwa :)

A dzisiaj Sweet September ma swoją premierę jako wzór na Raverly - klik klik, klik!.
Bardzo ciekawa konstrukcja, która zaczyna się jak raglan od góry, a kończy...
A co ja będę zdradzać szczegóły - zróbcie, to zobaczycie ;-)


Zdradzę tyle, że sweterek ma ozdobny, ażurowy karczek. Z nupkami, a jakże!
U mnie są słabo widoczne, bo tym razem wybrałam melażowe połączenie włóczek, którym zaraziła mnie również Dorota, przy okazji innego sweterka.


Te niteczki to Traumseide Zitrona (100% jedwab) i Lace Lang Yarns (40% jedwab, 60% moher), co dało efekt niesamowity, trudny do opisania i oddania na zdjęciach. Musicie mi wierzyć na słowo - bajka. Tym połączeniem (w tym samym kolorze zresztą!) zaraziła mnie sama Dorota, prezentując na Drutozlocie kolejny piękny sweterek. No i jak się trafiła promocja w e-dziewiarce, to bez namysłu kupiłam te same włóczki.
No i musiałam, po prostu musiałam coś z nich zrobić jak najszybciej. Może ażur nie jest tak wyeksponowany, jak na gładkiej nitce, ale za to całość jest cudownie lejąca. No w końcu jedwab w przewadze! :)



Sam projekt jak to u Doroty, prowadzi za rękę, dając jednocześnie dużo przestrzeni do indywidualizacji dla takich kombinatorów jak ja.
Hmm...  czy ja kiedykolwiek zrobiłam jakiś sweter od początku do końca zgodnie z projektem? Muszę to sprawdzić, ale chyba nie :)

Wersja podstawowa jest dopasowana i taliowana, ale wzór pozwala po oddzieleniu rękawów kształtować linię tułowia wg własnych preferencji. U mnie oversize i ulubiona ostatnio linia A.




Zdjęć na tle majowej zieleni niestety nie udało się zrobić - tegoroczna pogoda nie sprzyjała plenerom fotograficznym. Brrr...


A tak to wygląda z tyłu:


Oczywiście nie obyło się bez przygód, bo co to za dzierganie bez dreszczyku emocji? ;-)

Tym razem po hasłem: trauma z "Traumą"*
Optymistycznie (no dobra, sknera jestem) kupiłam jeden motek Traumseide, który spokojnie mógł wystarczyć na sweterek. Dopasowany. A ja nie dość, że od razu zaplanowałam dwa rozmiary większy, to jeszcze poszerzyłam korpus. No i lipa. W połowie korpusu zaczęła mnie prześladować wizja konieczności zakupu drugiego motka, z którego wykorzystam jakieś 100 m. Czyli 1/8. Super. fantastyczna nitka. Tylko czy koniecznie musi być w tym samym kolorze, jak inne też mi się podobają?! No żeż. Trauma jak nic.

Na szczęście wśród braci (czy jest jakiś "siostrzany" odpowiednik słowa "brać"?) dziewiarskiej panuje niespotykany duch solidarności. Na hasło: "brakuje - kobity, ratujta!" zawsze znajdzie się dobra dusza, która z przepastnych czeluści wydobędzie brakującą resztkę albo motek. Tym razem solidną końcówką poratowała mnie nasza krakowska koleżanka Ewa, której niniejszym bardzo dziękuję za pomoc  :)

Co prawda moteczki okazały się być w innym kolorze (a wydawał się taki sam!), ale od czego mam barwniki?
Efekt "wyrównywania różnic" możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Te dwa precelki to próba dopasowania koloru do zwoju na samym dole zdjęcia.
Czy udana, możecie ocenić po swetrze  :)


A tak wyglądał karczek w trakcie działań. Zdjęcie bardzo robocze, ale ażur jest na nim dobrze widoczny:


I na koniec jeszcze jeszcze zdjęcie "wieszakowe", na którym widać, że udało mi się utrafić w kolor. A raczej - mam nadzieję, że nic nie widać ;)


Pozdrawiam Was coraz cieplej
i coraz wiosenniej :)


*) "Trauma" to takie nasze slangowe określenie tej włóczki, której nazwa handlowa brzmi Traumseide.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...