wtorek, 23 sierpnia 2016

Re(animacja) (aktywacja) (wolucja). Właściwe podkreślić.

Rewolucja. Pełzająca ;-)

Jestem, żyję, działam.
Przerwa w blogowaniu to wypadkowa małej rewolucji, jaką przechodzi mój cyfrowy mikroświatek, letniego niechcieja fotograficznego, pogody, która niezbyt sprzyjała fotografowaniu udziergów, za to bardzo sprzyjała pracom ogrodniczym - i paru innych czynników, którymi nie będę zanudzać ewentualnych czytelników, o ile jeszcze jacyś się ostali :)

Nie bawię się ostatnio papierem (spokojnie, to przejściowe), nie zaglądam na blogi scrapowe, nie wiem, co się dzieje w papierowym światku.
Tym bardziej niespodziewanie dla samej siebie zajrzałam na bloga Anai w nowej odsłonie - i zmotywowało mnie pozytywnie (Anai, za "wyklejanki z papieru" masz u mnie plusa na pół strony A4!).

I tak: będą zmiany na blogu. Pełzające. Niektóre już są. Znajdź 5 szczegółów... ;-)

No dobrze.
Przez lato udziergał się poniższy stosik. W kolejności od góry, jak widać. Sweter z farbowanki (klik), letni kardiganik wg anglojęzycznego wzoru i dwa najnowsze udziergi zygzakowate. Będą zdjęcia, będą.
Też nie na raz, trzeba je zrobić, obrobić, opublikować. Łoj...




A w ogrodzie też mała rewolucja. Nie napiszę, że pełzająca, żeby w złą godzinę nie było - pełzało w nadmiarze w ubiegłym roku, może wystarczy  ;-)
W ramach rewolucji m.in. takiego gościa odkryłam, dobrze schowanego pod lnicą, która zasiliła kompost. Zdążył się wysiać, urosnąć i już ma zarodniki:  


Pamiętacie Maleństwo?
Jest już dorosłe i postanowiło zostać dziwolągiem ;-)
Zdjęcia "po całości" nie będzie, bo światło nie takie. Może kiedyś :)



A w murku, który powstał z tej ruinki, odkryłam ostatnio takie przedszkole (wiem, zdjęcie takie se, ale chwilowo takie musi zostać):


To tylko grupa średniaków, starszaki i maluchy nie zmieściły się w kadrze ;-)

Na razie tyle. I tak byłam nieziemsko cierpliwa (blogger dzisiaj nie chciał współpracować).
Będę się starać, żeby bywało nawet niezbyt wiele, a częściej.
Pozdrawiam :)

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Zimna Ogrodniczka

... i Przemarznięty Fotograf ;-)

A w roli głównej - dwie pary mitenek, wydzierganych jeszcze w zimie.
W kwietniu też mogą się przydać ;-)

Pierwsze powstały z głowy, bez wzoru, na oko.
Ups, przepraszam, na dłonie ;-)

Prościutkie, za całą ozdobę robi włóczka w szalonych kolorach.  Są dosyć luźne, więc dla lepszego dopasowania puściłam wzdłuż grzbietu dłoni trzy żeberka ściągacza.



Sposób dodawania oczek na kciuk podpatrzyłam na blogu Truscaveczki. Dodaje się je  po dwóch stronach łańcuszka prawych oczek, biegnących wzdłuż kciuka. Na zdjęciu poniżej widać to najlepiej:


A tu widać ściągaczowy "wzorek":


Włóczka to Millecolori Baby, firmy Lang Yarns.
Te wszystkie kolorki to jeden motek 50 g, robiłam (no, prawie, wycięłam jeden  kawałek brudnej czerwieni) jak leciało z motka. Ponoć sekwencja kolorów w motku nie powtarza się ani raz.
I chyba tak jest - na pewno nie powtórzyła się w moim. :)

A to już drugie:



Tym razem skorzystałam z gotowego projektu, Gia Fingerless Gloves autorstwa Marii Sheherazade. Wzór jest darmowy.
W życiu nie robiłam niczego z gotowca, ale w ramach poszerzania swoich doświadczeń dziewiarskich postanowiłam nauczyć się czytania wzorów w jęz. angielskim.

I oto są, tadam! ;-)



W dodatku (tak, tak, to prawda!) z pierwszym w moim życiu splotem ażurowym. Zawsze wolałam bawić się kolorami, niż mozolnie dziergać ażury. Ale chyba mi się trochę odmienia ;-)

Mitenki powstały z resztek po tym szaliku.
Poszło ok. 40 g  Malabrigo Sock w kolorze Zarzamora.



To ostatnie zdjęcie ze specjalnym pozdrowieniem dla Kasi-irysomaniaczki :)
Też kocham tę odmianę, za kolor, pokrój i bezproblemowość (SDB, Sapphire Jewel, info dla niezorientowanych), to jedna z pierwszych w moim ogrodzie :)

No i pozdrawiam przedprzymrozkowo.
Prognoza jest bezlitosna niestety. :(



poniedziałek, 28 marca 2016

Zamiast pisanek.

Nie, to nie są kolczyki   ;-)

W przerwie między dobrą zmianą w przedogródku  (cel: przedogródek w ruinie - już prawie, prawie osiągnięty) a chowaniem nitek w najnowszym udziergu, zrobiłam sobie serię markerów dziewiarskich.

Nie będę ukrywać, że inspiracja przyszła z sieci, ale bezpośrednim impulsem były Targi Minerałów i Biżuterii, po których po prostu musiałam coś udłubać.
A jak jeszcze zobaczyłam na chmurkowym blogu te koralikowe markerki, to już wiedziałam, co powstanie u mnie  :)
Zbyt rzadko mam okazję do noszenia biżutów na sobie, więc "sweterkowa biżuteria" ma szansę być częściej w użyciu.





Zielone musiały iść na pierwszy ogień, to oczywiste  :)




Mam co prawda plastikowe agrafki KnitPro. Są bardzo wygodne i praktyczne, ale zachciało mi się czegoś w mniej wściekłych kolorach. No i pasującego do najnowszej robótki - na zdjęciu  próbka z farbowanki, którą pokazywałam w poprzednim poście.




Genialnym pomysłem Marzeny, który pozwoliłam sobie skopiować, jest zróżnicowanie markerów. To pozwala oznaczyć np. początek okrążenia innym znacznikiem, niż miejsca dodawania oczek.
A przy tym jest ciekawiej :)





I jeszcze kwadratowe druty Cubics, taka nowinka KnitPro. Kupiłam, bo akurat nie było numeru 4,5 w zwykłej wersji. I jakoś nie jestem przekonana. Za to urody nie można im odmówić, będą pozowały do zdjęć :)




A tu widać najlepiej efekt połączenia mojej farbowanki z nitką moheru:




I to wcale nie koniec moich koralikowych wyczynów, tylko światła do zdjęć wczoraj już zabrakło.
Dłubanie markerów wciąga ;-)

Pozdrawiam :)



poniedziałek, 21 marca 2016

Się dzieje.

Się pruje.
Się farbuje.
Kolejność przypadkowa ;-)




Mężowski sweter z włóczki o całkiem przyzwoitym składzie (wełna z kaszmirem)  i mało przyzwoitym kolorze (ot, taki naturalnawy brudek - wyglądał na wiecznie przykurzony, w dodatku z kłaczkami z pewnego czerwonego polara, które weszły w wełnę na zawsze, dodając jej "wdzięku" ) przekształciłam w te oto blado-mgliste precelki:




Farbowałam podpatrzoną w internetach metodą polewania farbą i grzania w piekarniku bucht zawiniętych w folię. Użyłam uniwersalnych barwników firmy Argus, które wg instrukcji na opakowaniu nie wymagają gotowania.
Nie wiem, czy się sprawdzą, bo nie znalazłam nigdzie opisów farbowania tymi konkretnymi farbami, ale będę zdawać relację po pierwszym-drugim praniu. Na razie wełenka dosycha (zwinęłam w precle tylko do sesji, już z powrotem wróciła na sznurek), roztaczając w domu niezwykle wyrafinowany zapach octu ;-)



Próbki udziergu jeszcze nie ma, bo primo: teraz czeka mnie zwijanie, a bez zwijarki to trochę potrwa, zanim się zmobilizuję, a secundo: leci do mnie zamówiony cieniuteńki moherek, który (mam nadzieję) doda mojej farbowance puszystości.
Mam nadzieję, że doleci przed świętami i spełni oczekiwania (wybieranie koloru przez internet to taka mała stójka z przewieszką).

Będzie się działo :)

czwartek, 11 lutego 2016

2,40

...metra.
Tyle mierzy szaleństwo.
Ściegiem patentowym na drutkach 2,5.
Tasiemcowaty tasiemiec w spontaniczne paski.
Skończyłam, wyprałam, noszę.
I uwielbiam.




I jeszcze w całości:



Malabrigo Sock, kolory: Cote d`Azure, Aquas, Zarzamora i Indiecita,
po ok. 50-70 g z każdego koloru.
Druty bambusowe KP 2,5.

A jako "modelka" wystąpiła tym razem Panna Manekinka domowej roboty, którą kiedyś _tam zrobiłam sobie z paper-mache, jako podstawę do dekupażu. Dekupażu (na szczęście) się nie doczekała, plany wobec niej nadal są, chociaż już nie dekupażowe. Póki co, Panna wygląda jak wygląda i jak widać, z powodzeniem pełni funkcję czysto utylitarną ;-)

No i dziękuję raz jeszcze za dobre słowa pod adresem szafki (na pytania, jak zwykle, odpowiedziałam w komentarzach) :)



środa, 27 stycznia 2016

Z warsztatu

A wiecie...
Taką szafkę wygrzebałam ze starego warsztatu...


Stała sobie pod ścianą zapomniana, zakurzona, zaklejona wieloma warstwami farb i fabrycznego brudu.


Przez lata warstwy farby zdążyły się wytrzeć:



Ale zachowały się stare etykiety szuflad:





Na blacie, porysowanym od wbijania gwoździ, znalazłam jakieś rupiecie, kalendarz robotniczy z 1958...


i mydło.




A może pod nieobecność brygadzisty odprawiano tu jakieś tajemne rytuały?





...



A tak naprawdę, to wyglądała na początku tak:


Nie daliście się wkręcić, prawda?
;-)

czwartek, 21 stycznia 2016

Czapka ambicjonalno-eksperymentalna ;-)

Czyli udzierg drugi w kolejności.
A tak naprawdę od niego zaczął się mój powrót do drutów.
A ściślej mówiąc, zaczął się od przerostu ambicji ;-)

Co, ja nie zrobię takiej czapki?! Ja?! Ja, co to te żakardy, to farbowanie w cebuli na żelazie, te swetry dłubane na wykładach pod ławką...
Nu, pagadi!

A jeszcze ściślej, to jest wariacja na temat ulubionej czapki T., zakupionej kilka lat temu w jakichś na wpół dzikich górach na lokalnym bazarze. Oryginał z byle jakiej plastikowej włóczki złachmanił się już niemiłosiernie, a panująca obecnie moda na czapki-worki i czapki-smerfy zupełnie nie sprzyja poszukiwaniu następczyni. Zwłaszcza, jeśli następczyni ma mieć daszek, opuszczane uszka i być co najmniej merynosem.

No i powstała taka melanżowa pomarańczka (włóczkę wybrał sam zleceniodawca, pod kolor ulubionych sportowo-turystycznych łaszków). Taki niby drobiazg, a nauczyłam się przy tej okazji całej fury nowych rzeczy: magic loopa, tymczasowego nabierania oczek z łańcuszka szydełkowego, ściegu patentowego na okrągło, rzędów skróconych i zamykania roboty trzema drutami. Moja główna modyfikacja w stosunku do oryginału to przede wszystkim robótka bezszwowa (oryginał był maszynowy i zszywany z tyłu).

I antenka na czubku ;-)




A tak prezentują się opuszczone uszka:



Włóczka:  Drops Fabel texmex i brąz, w dwie nitki, 1,5 motka (ok. 75 g)
Druty: 3,25 mm
Wzór własny na podstawie ulubionej czapki T. kupionej 'gdzieś-kiedyś' (wiem gdzie i wiem kiedy, ale merytorycznie to bez znaczenia).

A na drutach - się dzieje.
I nawet już widać koniec.  :)
Dzieje się dłuuuugaśny szalik z Malabrigo Sock na drutach 2,5.
Jeszcze tylko jakieś marne 30 cm, chowanie nitek i pranie. A zima jeszcze trochę potrwa... :)



Pozdrawiam :)

Edit, dla tych, co szukają informacji o włóczce:

W ostatni weekend czapka przeszła test ekstremalny.
Serio-serio.
Testerem ekstremalnym był pewien Duży_Chłopiec_z_Brodą, który, jak to chłopcy mają w zwyczaju, z ukochanym ubrankiem postanowił nie rozstawać się nawet na noc ;-)
Sęk w tym, że ta "noc", to był zimowy biwak w puchowym śpiworze, przy temp. -12 stopni, nie jakiś tam byle lajcik pod dachem. Szczerze mówiąc, jak zobaczyłam, co zostało z czapki po tym wyczynie, to miałam jak najgorsze przeczucia. W końcu to miała być czapka do chodzenia w dzień, a nie jakaś szlafmyca , wrrr...
Splaskacone, rozwleczone coś, w rozmiarze w sam raz na piłkę lekarską, a nie na męską głowę. Myślałam, że się popłaczę. Że co, pruć, czy wyrzucić?!
Ale po praniu i porządnym wysuszeniu czapencja całkowicie odzyskała formę, sprężystość i urodę. Powiem wręcz, że teraz wygląda nawet lepiej, niż po pierwszym praniu, bo oczka ładnie się wypełniły i wyrównały.
I przyznam, że jestem w ciężkim szoku nad odpornością włóczki, która w składzie ma, bądź co bądź, aż 75% wełny merino.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...