poniedziałek, 13 lutego 2017

Kroniki prządkowe

Coś się znowu namieszało.
Tym razem namieszało się w zieleniach, turkusach, fioletach i granatach.
Nawet całkiem dużo się namieszało, ale mało z tego będzie na zdjęciach.
Pogoda była zupełnie niefotograficzna i w międzyczasie wszystkie robale powędrowały na kółko. A jak wreszcie zaświeciło słońce, to do zdjęć zostało już tylko to:


Te śliczne markerki, to moja wygrana w grudniowym konkursie u Chmurki.
Z braku światła do tej pory nie mogłam się nimi pochwalić:


Markerki na razie na bezrobociu. Uwierzycie, że nadal nie mam nic na drutach?!

Pisałam ostatnio o mieszaniu na igłach, straszliwych narzędziach i masakrowaniu rąk.
Pora zaprezentować delikwenta - proszę, poniżej Jego Masakryczność Blending Board we własnej osobie.

Zdradzę w tajemnicy, że po pierwszym użyciu przeszedł kurację papierem ściernym, w celu stępienia draniowi zębów, dzięki czemu mogę pracować na nim bez rękawiczek. Ufff....


Na takiej właśnie tabliczce lęgnie się moje "robactwo". Nie mam zdjęć w działaniu, ale wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło "blending board" i wszystko można obejrzeć na filmach. Moja tablica jest rodzimej produkcji, o ile można mówić o "produkcji"  w odniesieniu do rzemieślnika-pasjonata, jakim jest Marcin Leński .

A tak wyglądają igiełki w zbliżeniu:


Nieprzędącym czytelnikom należy się solidny słowniczek ilustrowany, ale gdybym chciała to wszystko opisać i pokazać na zdjęciach, moja cierpliwość rozlazłaby się jak niedokręcony singiel ;-). A prządki zanudzą się na śmierć, bo i tak znają się na tym lepiej, niż ja. Będzie więc wiedza w małych dawkach - czyli to, co akurat mam na zdjęciach ;-)

Farbowanej czesance nie byłam w stanie zrobić dobrych zdjęć, tak było ciemno. A potem szybko zmieniła stan skupienia na podarty ;-)
Dlatego tylko dokumentacyjnie, z telefonu:



Czesanka to BFL (Bluefaced Leicester), farbowana przeze mnie barwnikami argus.
No i z tego, co powyżej przędzie się aktualnie pierwszy singielek:


Tym razem to cienizna (jak na moje możliwości, oczywiście), więc jeszcze się trochę poprzędzie.
Ale nie odmówiłam sobie paru zaplanowanych niedoskonałości, takie preludium do tweedu :)
Farbując niedawno jedwabną nitkę dla Edyty dorzuciłam do fioletowej farby mój własny kawałeczek surowego jedwabiu. Wyczesałam na gręplach i tak sobie co jakiś czas w ilościach homeopatycznych dorzucam do wełny :)


Kolory w nitce zachowują się jak same chcą - zależnie od światła i nastroju ;-)
Ciekawość mnie zżera, jaki będzie efekt ostateczny (dwu- a może i trójnitka?), ale nad tym trzeba jeszcze solidnie popracować.
Będę dokumentować postępy, na ile światło pozwoli, oczywiście :)

Pozdrawiam :)
Ewa

piątek, 3 lutego 2017

Robale mi się zalęgły

Strasznie dużo blogowych zaległości mi się nazbierało. Tyle mam Wam do pokazania, że nie nadążam z publikacją. O zdjęciach nie wspominając, bo zima + stary aparat zupełnie nie sprzyjają akcjom fotograficznym.
I przez to wszystko robactwo mi się zalęgło w tych zaległościach, o takie ;-)




Jak tylko wyschła pierwsza farbowana czesanka, wiedziałam, że nie puszczę jej tak "na żywca" na kołowrotek. To by było za proste, tak zwyczajnie lecieć z taśmy. Ciągnie mnie do mieszania, kombinowania z kolorem. Na każdym etapie, od słoja z farbą przez ciapkatą czesankę do kolorowej nitki.

Nie wytrzymałam, dokupiłam trochę straszliwych narzędzi. Wzbogaciłam się o ręczne gręple i tablicę (blending board), takie małe narzędzia tortur z zakrzywionymi igłami.
Masakrowanie rąk dostałam w gratisie  ;-)

Na tablicy przemieszałam farbowankę z niemieckiego merynosa, którą pokazywałam tu, z białym BFLem i jeszcze odrobiną BFL dofarbowanego na granat. Sama południowoniemiecka wydawała mi się strasznie matowa i przypominała sztywną watę, BFL dodał blasku i jedwabistości. Pod zachwytami prządek nad tą rasą niniejszym mogę się podpisać, tę wełnę pięknie się przędzie i równie pięknie farbuje  :)

Nie mordowałam zbytnio, chciałam, żeby poszczególne pasma koloru pozostały widoczne.
Wyszły z tego takie szare mgły, bardziej wpadające w ochry i oliwki, niż kolory wyjściowe. A jasne pasma "niebieskiej twarzy  z Leicester" ;-) nadały ten perłowy połysk:



A właściwie to mieszałam, przędłam, znowu mieszałam, przędłam - i tak do wyczerpania zapasu farbowanki.



Tym razem starałam się uprząść toto jak najbardziej miękko, mianowanie tego techniką woolen byłoby nadmiarem dobrego samopoczucia, ale starałam się podążać w tym kierunku. W końcu miałam "robale", nie taśmę, napatrzyłam się na filmiki, poczytałam w sieci i przędłam tak, żeby nitka dostała jak najwięcej "powietrza" i była puszysta, nie sznurkowata. Nie starałam się prząść bardzo cienko ani bardzo równo - taki efekt rustykalnej nitki bardzo mi odpowiada.
Wiem, powinnam się poddać presji, uczyć ciągnąć jak najcieńsze cienizny, zgrzytać zębami przy każdej nierówności... a ja się cieszę, że nitka jest taka właśnie zgrzebna i nierówna. Nawet celowo zostawiłam podfilcowane kulki z farbowanki, zamiast je przykładnie wyrywać. Mało tego - tweedów mi się już zachciewa i filmiki podglądam . :)





Wyszło 1,5 szpulki luźnego, puszystego singla.

I efekt ostateczny: 120 g, 300 m podwójnej nitki, poddanej intensywnemu tłuczeniu o wannę, hartowaniu i stabilizacji:



Dubla musiałam niestety podzielić na dwie szpulki, bo zamiast skrzydełka jumbo do grubych nitek wolałam kupić tablicę. Uwierzcie, że przecinanie tej niteczki bolało. Fizycznie, mnie. :(



Kolory bardzo "moje" - szarawe, zmienne, nieoczywiste. Przenikanie tych kolorów jest bardzo trudne do oddania na zdjęciach, nawet na żywo zmienia się zależnie od światła. Ecru, trochę szarych zieleni, oliwki, rudości, blade przebłyski nieba.
Taka jesienna mgła na gorczańskiej polanie :)


I jeszcze w zbliżeniu:


No i teraz niteczka leży, a ja mam problem: co z tego wyjdzie?
Na czapkę za dużo, na mitenki za dużo, na chustę za mało. Otulaczy nie noszę.
Chyba trzeba będzie dorobić kontrastu i udziergać coś większego. Wena kiedyś przyjdzie :)

Pozdrawiam :)

wtorek, 31 stycznia 2017

Świat zaginiony. Odc.2


A jednak dzieje się coś na tym krańcu świata ;-)

Jedzieee! :)



Sweter nr 2.
Bliźniaki miały być.
Dwujajowe. Jednojajowe są passe ;-)
Znacie to - "zrób mi drugi, taki sam niech będzie, nic nie zmieniaj, ten jest super!"?
Ten sam wzór, ten sam rozmiar, te same druty, włóczka ta sama - no dobrze, inny kolor.
Kto nie widział, niech tu zajrzy, o, klik!

A jednak nie to samo.

"Nepal" w wersji beżowej ma się nijak do nepalowej jasnej szarości - nitka jest inna, jakby zgrzebna, bardziej sznurkowata, nie gubi włosków, sama dzianina wyszła znacznie luźniejsza.
A samej nitki wyszło na styk, co do centymetra niemalże -  wszystkie ściągacze mogłyby być o kilka rzędów dłuższe i węższe. Widać to choćby po ściągaczach rękawów, które na pewno pójdą do przeróbki, bo rozwlokły się stanowczo za bardzo i nie są już tak ciepłe ani tak wygodne.

Za to w blokowaniu sweter zachowywał się tak, jakby nic mu straszne nie było. Nawet pralka.
Hmmm... Może spróbować? ;-)



Szary nie ma zdjęć tyłu i detali (no, ziiiimno było...), w beżowym udało się coś pokazać:


Prawda, jaki ładny łańcuszek tworzą oczka dodawane na ramieniu?


Pojechał.
Kończmy już tę sesję, bo zimno ;-)



A Wy trzymajcie się ciepło :)
Ewa

środa, 25 stycznia 2017

Świat zaginiony. Odc.1


Są takie rzeczy, które są, są, są... i nagle, któregoś dnia - czarna dziura.
Jedziesz, patrzysz przez okno i coś się nie zgadza. Coś tu było od zawsze, wrosło w krajobraz tak, że nikt już istnienia nie zauważał i nagle - o, pustka. Patrzysz i myślisz: zaraz. Tu coś było. Jeszcze niedawno. Coś. Ale co?
No tak. To. Nie ma, wyburzyli. Wywieźli. Posprzątali. Wymienili na nowoczesne.
A miałam przyjść, zdjęcia zrobić. Ech.

Więc zanim wywiozą, posprzątają, wymienią...

Nieczynny przystanek kolejowy, Nowa Huta, rzut beretem ( z antenką) od cmentarza Grębałów.
Miejsce, gdzie od lat nikt nie wysiada, pociągi nie wożą już ludzi do pracy w hucie. Ale jeszcze jest.
Posłużyło jako tło do sesji dwóch wybitnie utylitarnych męskich swetrów.
Dzisiaj pierwszy z nich.


Mój mąż już dawno zapragnął mieć sweter z prawdziwej wełny, udziergany przez swoją niezwykle zdolną żonę ;-). Czy trzeba to dziewiarce dwa razy powtarzać? Zwłaszcza, jeśli wie, że zazwyczaj panowie nie są zbyt skłonni do noszenia ręcznych udziergów ;-)
Postanowiłam spełnić marzenie, wybraliśmy wzór, kupiłam włóczkę i....
No cóż. Pierwszy sweter, który zaczęłam, skończył jako trup w szafie. Z winy włóczki.
No dobra, nie skończył, póki co, hibernuje. Wrócę do niego i wtedy opiszę wszystkie perypetie.

Ale jest zimno. Zima nie odpuszcza, więc sweter potrzebny na już.
Najlepiej ciepły, gruby, prosty i szybki do zrobienia. Z naciskiem na prosty :)
I bezszwowy.
Ten warunek akurat był mój, same rozumiecie - warunek szybkiego ukończenia ;-)

Stanęło na Purl Soho Pullover, którego forma wydała się najbardziej zbliżona do wyobrażeń o swetrze idealnym. Nie obyło się oczywiście bez modyfikacji, ale konstrukcja zasadniczo pozostała bez zmian.



W wyniku dyskusji nad kształtem swetra zrezygnowaliśmy z udziwnień: zawijających się brzegów na rzecz klasycznych ściągaczy, dól korpusu został zwężony o kilka oczek, zamiast "chomąta" powstał zwyczajny ciepły golf. Wymagało to trochę kombinowania z podkrojem szyi - nie jest może idealnie, ale użytkownik nie ma zastrzeżeń co do wygody, a to najważniejsze :)


Robiłam tylko częściowo z dołu do góry: z "żywych oczek" nabranych na wysokości klatki piersiowej i ramion, po zrobieniu golfu przeszłam do rękawów, dziergając od góry , po czym podobnie dół korpusu aż do ostatniego motka. Rękawy celowo za długie, żeby było ciepło w nadgarstki :)
Włóczka to poczciwy  Nepal, zużyłam tylko 13 motków.
To znacznie mniej, niż zakłada projekt, ale ilość była kupiona pod całkiem inny wzór, a ten wskoczył na druty niejako przez przypadek.

Sweter jest fajny, bo można go nosić na obie strony i udawać, że ma się dwa ;-)
Na obu stronach wygląda równie dobrze.
Idealny dla roztargnionych i niefrasobliwych ;-) 

I jeszcze kawałek tego magicznego industrialu ;-)




Ziom.
Hutas.
Bo co? ;-)



Aha. Sweter ma już za sobą ponad miesiąc bardzo intensywnego użytkowania. I ani raz nie była w użyciu golarka. Natomiast alpaka gubi włoski - ale jest nadzieja, że będzie ich stopniowo coraz mniej.


Cdn.
Niebawem.
Dopingujcie ;-)


E.


środa, 4 stycznia 2017

Złapałam niemca za rogi ;-)

Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć F.
A jak się powie F, to... trzeba powiedzieć drugie F.

Już wyjaśniam.
Odgrażałam się w komentarzach,  że ufarbuję tę czesankę (pierwsze F).
Raz kozie śmierć, ufarbowałam.
'Kozę' można zamienić na owcę, 'śmierć' na filc, znaczenie się nie zmieni ;-)
Ale spoko, ani kozie, ani owcy nic się nie stało.
Poza zmianą koloru tej ostatniej ;-)

A to drugie F?
Fotografia :)
Zdjęcia bure i nie oddają kolorów, ale dzisiaj lepszych nie będzie, a do najbliższego jaśniejszego dnia czesanka zapewne zmieni stan skupienia ;-)

Otóż, albowiem, gdyż.
Mam za sobą moją pierwszą próbę farbowania czesanki - i jednocześnie moje pierwsze farbowanie w mikrofalówce. Na próbę poszła resztka owcy południowoniemieckiej, z poprzedniego posta.
Nie chciało mi się specjalnie grzać piekarnika dla 60 g, wywlokłam więc nieużywanego dziada (mikrofalę, znaczy) z ciemnego kąta i wpakowałam do niej czesankę przygotowaną pi razy oko wg tutorialu Finextry.

Mimo moich obaw, to, co wyciągnęłam nadal jest czesanką, nie filcem ;-)
Metoda działa :)


Nad kolorami nie doktoryzowałam się specjalnie - pod pędzel poszło trochę "moich" burych zieleni i jeansu z rudawymi dodatkami. I już widzę, że nadmiar doktoratów w przypadku czesanki jest niewskazany - kolory rozłożyły się zupełnie inaczej, niż byłoby to w fabrycznej nitce.

Poniżej fotka zrobiona w zewnętrznym świetle, w zestawie z inspiracją kolorystyczną:



Moje pierwsze odczucia - za krótkie odcinki poszczególnych kolorów i za dużo wszystkiego.
Brakuje mi też jakiegoś zdecydowanie ciemnego akcentu. Pewnie dofarbuję jeszcze jakiś skrawek na ciemny brąz albo granat, albo wręcz przeciwnie - na gręplach dołożę jasnej czesanki (najpierw trzeba mieć gręple, he he - póki co, mam zoologiczny pod nosem, psie czesaczki leżą na półce, sprawdzałam).
W nitce i tak będzie wielka niewiadoma.

Zresztą na razie nie oczekuję cudów, po prostu ma być trochę koloru na szpulce, żeby nudno nie było :)

Pozdrawiam hermetycznie ;-)
Ewa

piątek, 30 grudnia 2016

Uprzędło się

Dzisiaj tylko krótkie zajawki.
Uprzędło się takie:


Dane techniczne:
surowiec - czesanka południowoniemiecka
większy motek:  108 g, 277 m metrów dubla po stabilizowaniu
mniejszy: 30 g, 67 m (czyli to, co przy dublowaniu nie zmieściło się na pierwszej szpulce).
Większy za mocno przekręcony, wyszedł miejscami mocno sznurkowaty, mniejszy za to lekko niedokręcony, ale ten efekt podoba mi się znacznie bardziej.
Nie mam jeszcze zupełnie wyczucia, jaki powinien być właściwy skręt, no ale to chyba nie jest dziwne. Ćwiczę ;-)


Poza tym:

Dzierga się drugi 'Utylitarny'.


Powtórka z włóczki, wzoru i rozmiaru. Tylko kolor inny.
Pierwszy jest noszony bardzo intensywnie.
Może uda się zrobić jakieś zdjęcia, zanim Użytkownik całkiem go złacha,
A jak nie, to obfotografujemy drugi i podmieni się tylko kolor w Gimpie ;-)


I powoli przypominam sobie, jak się pracuje z papierem ;-)


Na koniec tego "Mikroexpresu Wieczornego" najfajniejsza wiadomość z ostatniej chwili:
Mój komentarz zyskał wyróżnienie w zgadywance u Chmurki  :D

Pozdrawiam wszystkich, których jeszcze nie odstraszyły metamorfozy na blogu ;-)

Ewa


środa, 7 grudnia 2016

Przekręty ;-)


Właściwie to nie wiem jak zacząć tego posta, żeby nie wyszło pompatycznie. Bo jak dobrze napisać o czymś, co siedziało w człowieku od lat 30 z okładem i cierpliwie czekało na właściwy moment?

To będzie bardzo długi post z bardzo słabymi zdjęciami. Za jakość z góry przepraszam - wszystkie były robione na gorąco, telefonem, bez dbałości o szczegóły. Czas naglił, warunki nie pozwalały na wystudiowane kadry, emocje generowały dynamikę ;-)

Ale do rzeczy.
Przędzenie na kołowrotku było moim marzeniem odkąd nauczyłam się machać drutami.
A było to tak dawno, że w najlepsze działały wtedy sklepy Cepelia.
W Krakowie przy Rynku stał sobie taki nowiusieńki kołowrotek z zawrotną (jak na owe czasy) ceną, a pewna młoda i ambitna adeptka dziewiarstwa przyklejała nos do wystawy i zachodziła w głowę, jak też to ustrojstwo działa i jak by to było - tak siąść i spróbować pociągnąć nitkę z tego kłębu pakuł, dumnie puszących się na... no właśnie, na czym? Zero wiedzy, zero publikacji, zero wsparcia technicznego. W bliższej ani dalszej rodzinie prządek nie było.

"Ustrojstwo z Cepelii" pewnie tak naprawdę nie nadawało się do prawdziwej pracy, co najwyżej do postawienia na segmencie i udawania, że się ma ludowe korzenie (jeśli się je miało naprawdę, to na segmencie najczęściej stawiało się zgoła inne ozdoby), ale młoda adeptka dziewiarstwa nie mogła o tym wiedzieć. Mogła co najwyżej kupować od górali wściekle szorstką wełnę, z której nie wiedzieć czemu w dzierganiu zawsze wychodziły romby zamiast prostokątów *), farbować ją w cebuli z wkładką z zardzewiałej podkowy **)  i plątać na dzierganej nitce grube "cosie", będące substytutem artyarnu, jak to się obecnie zwykło określać.

A potem nastąpiło rzucenie drutami w kąt na długie lata. Co było dalej, częściowo widać na blogu :)
Jednocześnie z powrotem do dziewiarstwa wylazło na wierzch pragnienie głęboko zakopane pod korą mózgową. Wyłaziło i nie dawało się już z powrotem zasypać grubą warstwą kory ;-)
Tym bardziej, że czasy się zmieniły i teraz wystarczyło parę kliknięć, by z czeluści internetu wychynęły całe oceany inspiracji, informacji i kontaktów. Decyzja zapadła dokładnie rok temu, ale udało się dopiero teraz. Wreszcie! :)


W ostatni weekend listopada zaliczyłam szybki wypad do Poznania na warsztaty przędzenia na kołowrotku dla początkujących, w pracowni  Hobby Wełna
Kursy przędzenia prowadzi  Justyna, kobieta, której kołowrotki jedzą z ręki i mruczą z zadowolenia. Zajrzyjcie na bloga i flickra, jakie cuda wyczynia z farbami, gręplarką i kołowrotkiem :)

Poniżej - sprzęt gotowy do pracy.
Na zdjęciu od lewej: Majacraft Suzie, czyli osobiste cudeńko Mistrzyni i trzy polskiej produkcji kołowrotki Fantazja, Polonez i Sonata, wyposażenie pracowni.



Atmosfera w naszej małej grupce była fantastyczna.
Dwa dni szalonych rozmów o wełnie, alpace, angorze, dzierganiu, tkaniu, farbowaniu, przędzeniu psiej i kociej sierści, a także o kotach, jedzeniu (i niejedzeniu) mięsa, minimalizmie, poszanowaniu surowców, dobrostanie zwierząt użytkowych.
A to wszystko jednocześnie z walką ze stawiającą opór materią i sprzętem. Ten ostatni za wszelką cenę musiał nam pokazać, że przędzenie łatwe nie jest i wymaga koordynacji dwóch rąk, dwóch nóg i głowy.
I że nie da się nauczyć prząść w 7 godzin, potrzeba dużo ćwiczeń, a kurs może dać jedynie podstawy.
Zwłaszcza, jeśli jest to naprawdę pierwszy kontakt z kołowrotkiem.


Na zdjęciu od lewej:
Zosia (najbardziej doświadczona) oswaja własny zabytkowy sprzęt, który ma swoje starcze narowy i obraca się tylko w prawo,
Gosia za kierownicą mercedesa ;-)
i druga Gosia, która pierwszy kontakt ze sprzętem zaliczyła już wcześniej, co wydatnie wpłynęło na efekty nauki i wygląd niteczki.




Była też dawka wiedzy o surowcach i ich przygotowaniu.
Na zdjęciach -  Justyna pokazuje nam, jak wygląda praca z gręplarką.



A na półkach kuszą i inspirują piękne kolorowe czesanki  :)



Zawartość pierwszej mojej szpulki nie nadawała się do pokazania. Ale druga już nawet trochę przypomina nitkę. Nic, że grubą, nierówną i ekhm... artystyczną ;-), ważne, że w całości, że dała się nawinąć na motowidło i skręcić w efektowny (pozory, pozory!) precelek:




Na kursie nie było już czasu na nic więcej, ale...



Tak. To jest mój nowiutki, jeszcze ciepły kołowrotek Sonata, który przyjechał w ostatni poniedziałek. Decyzja nie została podjęta pod wpływem impulsu, ten zakup zaplanowałam już dawno, a tylko rady bardziej doświadczonych prządek powstrzymały mnie przed wcześniejszym zakupem, chociaż korciło mnie, żeby kupić i spróbować wcześniej, już, już, natychmiast.

Wahałam się jeszcze nad wyborem między Fantazją, której prosta forma o niebo bardziej mi się podoba, a Sonatą. Nienawidzę lakieru i toczonych tralek. Ale Sonata ma zalety, które pozwalają przymknąć oko na stronę estetyczną, dlatego tym razem pragmatyzm zwyciężył.
I chyba jednak się polubimy - po nierównej walce z pracownianą Sonatą, ta moja okazała się bardzo przyjazna. Spodziewałam się problemów, "stawania w poprzek", farfocli, makaronów i innych koślawców, a tymczasem złożyłam (o tym za chwilę), naoliwiłam gdzie trzeba - i w końcu wczoraj usiadłam, pokręciłam na sucho na próbę, przygotowałam czesankę - i... poszło!  :)

Nitce jeszcze brakuje bardzo dużo do doskonałości, ale przecież to trening czyni prządkę :)




A teraz będzie łyżka dziegciu.
Czyli instrukcja.
Firma która produkuje dobrej jakości sprzęt, znana na cały świat, w charakterze instrukcji montażu i obsługi dołącza do niego o, to:  http://kromski.com/PDF/instrukcja-sonata.pdf 
I tylko to.
Przyzwyczajona do instrukcji dołączanych do mebli, które pokazują jak krowie na rowie, co, gdzie i w jakiej kolejności montować, do instrukcji narzędzi, które szczegółowo opisują poszczególne elementy, zasadę działania i regulacji,  z niedowierzaniem patrzyłam na niewyraźne zdjęcia, które tak naprawdę niczego nie wyjaśniają. Gdyby nie to, że po kursie wiedziałam już co nieco, nie obeszło by się bez szperania w sieci i proszenia o pomoc doświadczonych prządek. 
Ja wiem, że sprzęt jest niszowy, że przypadkowe osoby raczej go nie kupują, że są grupy i fora, na których... 
ale mimo wszystko. 
Czy zredagowanie przyzwoitej broszury i napisanie choćby krótkiego tekstu w kilku językach jest aż tak trudnym zadaniem? 
Tyle tytułem marudzenia ;-)


A tymczasem na dokończenie czeka pewien bardzo utylitarny sweter i pewien bardzo terminowy album, na który zostało coraz mniej czasu.
A mnie ciągnie do kółka i doba ma tylko 24 godziny.


I tym optymistycznym akcentem ;-)
pozdrawiam
Ewa

*) Teraz już wiem, że single tak mają. A już na pewno przekręcone single.
**) Zardzewiała podkowa, gwoździe i łańcuchy stanowiły substytut bejcy żelazowej, pozwalającej uzyskać oliwkowy odcień. Po jakimś czasie zdobyłam słój siarczanu żelaza, który działał skuteczniej, ale nie dawał już tak wyrafinowanych odcieni.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...