poniedziałek, 5 września 2016

Żmija zielona zygzakowata :)

Jak fajnie, że jednak ktoś jeszcze zagląda :)


No to powoli zaczynamy prezentację bohaterów stosiku.
Od przedostatniego.
Bo tak.
Bo sweterki muszą jeszcze poczekać na sesję "na ludziu", a ostatniego udziergu nie mogę jeszcze pokazać.
Bo... bo nie ;-)

Otóóóóóżżżż...
Każdy kiedyś musi.
Każdy kiedyś musi udziergać chevrona. Szewrona, zygzaka, missoniego, w którymś-tam wariancie, po sieci przewala się tego do licha i jeszcze ze cztery ;-)
Mam na myśli ilość wersji ściegu, bo udziergów zygzakowych na drutach i na szydełku jest niezliczona mnogość. A tak naprawdę jest ich jeszcze więcej ;-)
I tak po którymś spotkaniu krakowskich dziewiarek padło na mnie. Idee fixe, sztuka dla sztuki. Jak mus to mus. Szal. Zdecydowałam się na robienie wg wzoru (w zasadzie) o tego: ZickZack Scarf  .
Wzór darmowy, do pobrania z Rav.


Robótka spotkaniowo-komunikacyjna. Siedem markerów i można gadać bez pomyłek :)
Pół rządka nawet powstało na placu zabaw, gdzie towarzyszyłam mamie pewnego małego Obywatela (Marta, wiem, że czytasz i pozdrawiam Cię serdecznie!). :)

Taka robótka  mantrowa i hipnotyczna. Wciąga!
Robisz - i nie możesz przestać. Co się pokaże za zakrętem? Jaki kolor wyskoczy ze środka kłębka? Jak zgrają się dwa rzędy z tymi dwoma poprzednimi?



Tak, bo jasna włóczka to kolejna wersja kolorystyczna Millecolori Baby, tym razem z przewagą chłodnych zieleni. Druga - to czarno-fioletowa skarpetkówka Lang Yarns, zmieniane co dwa rzędy. Millecolori zupełnie nieprzewidywalna - zaczęła się pięknymi turkusami, a potem już każdy rząd przechodził w inny kolor. Groszkowe zielenie, plastikowe błękity, wściekłe szafiry, brązy, jakieś burasy-fiolety. Dwa motki - i oba zupełnie różne, chociaż ten sam numer koloru. Na szczęście czernie i fiolety trochę uspokoiły efekt:)
Zużyłam w sumie 200 g włóczki.
Dziergam bardzo luźno, więc szal wyszedł znacznie szerszy niż u autorki wzoru, za to na długość ledwo-ledwo. Pewnie po kilku praniach się naciągnie :)




Wiecie, jak bardzo się ucieszyłam, widząc w komentarzach znajome nicki, mimo mojego długiego niebytu i tu, i na Waszych blogach. No wiem, że tematyka bloga odjeżdża w kosmos, staje się coraz bardziej nieprzewidywalna. Jak motek Millecolori ;-)

A może kogoś to zmotywuje do powrotu do dziewiarstwa? Albo do nauki? Na spotkaniach co i rusz pojawiają się nowe adeptki dziergactwa, które próbują łapać bakcyla. Może?... ;-)

Pozdrawiam :)


wtorek, 23 sierpnia 2016

Re(animacja) (aktywacja) (wolucja). Właściwe podkreślić.

Rewolucja. Pełzająca ;-)

Jestem, żyję, działam.
Przerwa w blogowaniu to wypadkowa małej rewolucji, jaką przechodzi mój cyfrowy mikroświatek, letniego niechcieja fotograficznego, pogody, która niezbyt sprzyjała fotografowaniu udziergów, za to bardzo sprzyjała pracom ogrodniczym - i paru innych czynników, którymi nie będę zanudzać ewentualnych czytelników, o ile jeszcze jacyś się ostali :)

Nie bawię się ostatnio papierem (spokojnie, to przejściowe), nie zaglądam na blogi scrapowe, nie wiem, co się dzieje w papierowym światku.
Tym bardziej niespodziewanie dla samej siebie zajrzałam na bloga Anai w nowej odsłonie - i zmotywowało mnie pozytywnie (Anai, za "wyklejanki z papieru" masz u mnie plusa na pół strony A4!).

I tak: będą zmiany na blogu. Pełzające. Niektóre już są. Znajdź 5 szczegółów... ;-)

No dobrze.
Przez lato udziergał się poniższy stosik. W kolejności od góry, jak widać. Sweter z farbowanki (klik), letni kardiganik wg anglojęzycznego wzoru i dwa najnowsze udziergi zygzakowate. Będą zdjęcia, będą.
Też nie naraz, trzeba je zrobić, obrobić, opublikować. Łoj...




A w ogrodzie też mała rewolucja. Nie napiszę, że pełzająca, żeby w złą godzinę nie było - pełzało w nadmiarze w ubiegłym roku, może wystarczy  ;-)
W ramach rewolucji m.in. takiego gościa odkryłam, dobrze schowanego pod lnicą, która zasiliła kompost. Zdążył się wysiać, urosnąć i już ma zarodniki:  


Pamiętacie Maleństwo?
Jest już dorosłe i postanowiło zostać dziwolągiem ;-)
Zdjęcia "po całości" nie będzie, bo światło nie takie. Może kiedyś :)



A w murku, który powstał z tej ruinki, odkryłam ostatnio takie przedszkole (wiem, zdjęcie takie se, ale chwilowo takie musi zostać):


To tylko grupa średniaków, starszaki i maluchy nie zmieściły się w kadrze ;-)

Na razie tyle. I tak byłam nieziemsko cierpliwa (blogger dzisiaj nie chciał współpracować).
Będę się starać, żeby bywało nawet niezbyt wiele, a częściej.
Pozdrawiam :)

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Zimna Ogrodniczka

... i Przemarznięty Fotograf ;-)

A w roli głównej - dwie pary mitenek, wydzierganych jeszcze w zimie.
W kwietniu też mogą się przydać ;-)

Pierwsze powstały z głowy, bez wzoru, na oko.
Ups, przepraszam, na dłonie ;-)

Prościutkie, za całą ozdobę robi włóczka w szalonych kolorach.  Są dosyć luźne, więc dla lepszego dopasowania puściłam wzdłuż grzbietu dłoni trzy żeberka ściągacza.



Sposób dodawania oczek na kciuk podpatrzyłam na blogu Truscaveczki. Dodaje się je  po dwóch stronach łańcuszka prawych oczek, biegnących wzdłuż kciuka. Na zdjęciu poniżej widać to najlepiej:


A tu widać ściągaczowy "wzorek":


Włóczka to Millecolori Baby, firmy Lang Yarns.
Te wszystkie kolorki to jeden motek 50 g, robiłam (no, prawie, wycięłam jeden  kawałek brudnej czerwieni) jak leciało z motka. Ponoć sekwencja kolorów w motku nie powtarza się ani raz.
I chyba tak jest - na pewno nie powtórzyła się w moim. :)

A to już drugie:



Tym razem skorzystałam z gotowego projektu, Gia Fingerless Gloves autorstwa Marii Sheherazade. Wzór jest darmowy.
W życiu nie robiłam niczego z gotowca, ale w ramach poszerzania swoich doświadczeń dziewiarskich postanowiłam nauczyć się czytania wzorów w jęz. angielskim.

I oto są, tadam! ;-)



W dodatku (tak, tak, to prawda!) z pierwszym w moim życiu splotem ażurowym. Zawsze wolałam bawić się kolorami, niż mozolnie dziergać ażury. Ale chyba mi się trochę odmienia ;-)

Mitenki powstały z resztek po tym szaliku.
Poszło ok. 40 g  Malabrigo Sock w kolorze Zarzamora.



To ostatnie zdjęcie ze specjalnym pozdrowieniem dla Kasi-irysomaniaczki :)
Też kocham tę odmianę, za kolor, pokrój i bezproblemowość (SDB, Sapphire Jewel, info dla niezorientowanych), to jedna z pierwszych w moim ogrodzie :)

No i pozdrawiam przedprzymrozkowo.
Prognoza jest bezlitosna niestety. :(



poniedziałek, 28 marca 2016

Zamiast pisanek.

Nie, to nie są kolczyki   ;-)

W przerwie między dobrą zmianą w przedogródku  (cel: przedogródek w ruinie - już prawie, prawie osiągnięty) a chowaniem nitek w najnowszym udziergu, zrobiłam sobie serię markerów dziewiarskich.

Nie będę ukrywać, że inspiracja przyszła z sieci, ale bezpośrednim impulsem były Targi Minerałów i Biżuterii, po których po prostu musiałam coś udłubać.
A jak jeszcze zobaczyłam na chmurkowym blogu te koralikowe markerki, to już wiedziałam, co powstanie u mnie  :)
Zbyt rzadko mam okazję do noszenia biżutów na sobie, więc "sweterkowa biżuteria" ma szansę być częściej w użyciu.





Zielone musiały iść na pierwszy ogień, to oczywiste  :)




Mam co prawda plastikowe agrafki KnitPro. Są bardzo wygodne i praktyczne, ale zachciało mi się czegoś w mniej wściekłych kolorach. No i pasującego do najnowszej robótki - na zdjęciu  próbka z farbowanki, którą pokazywałam w poprzednim poście.




Genialnym pomysłem Marzeny, który pozwoliłam sobie skopiować, jest zróżnicowanie markerów. To pozwala oznaczyć np. początek okrążenia innym znacznikiem, niż miejsca dodawania oczek.
A przy tym jest ciekawiej :)





I jeszcze kwadratowe druty Cubics, taka nowinka KnitPro. Kupiłam, bo akurat nie było numeru 4,5 w zwykłej wersji. I jakoś nie jestem przekonana. Za to urody nie można im odmówić, będą pozowały do zdjęć :)




A tu widać najlepiej efekt połączenia mojej farbowanki z nitką moheru:




I to wcale nie koniec moich koralikowych wyczynów, tylko światła do zdjęć wczoraj już zabrakło.
Dłubanie markerów wciąga ;-)

Pozdrawiam :)



poniedziałek, 21 marca 2016

Się dzieje.

Się pruje.
Się farbuje.
Kolejność przypadkowa ;-)




Mężowski sweter z włóczki o całkiem przyzwoitym składzie (wełna z kaszmirem)  i mało przyzwoitym kolorze (ot, taki naturalnawy brudek - wyglądał na wiecznie przykurzony, w dodatku z kłaczkami z pewnego czerwonego polara, które weszły w wełnę na zawsze, dodając jej "wdzięku" ) przekształciłam w te oto blado-mgliste precelki:




Farbowałam podpatrzoną w internetach metodą polewania farbą i grzania w piekarniku bucht zawiniętych w folię. Użyłam uniwersalnych barwników firmy Argus, które wg instrukcji na opakowaniu nie wymagają gotowania.
Nie wiem, czy się sprawdzą, bo nie znalazłam nigdzie opisów farbowania tymi konkretnymi farbami, ale będę zdawać relację po pierwszym-drugim praniu. Na razie wełenka dosycha (zwinęłam w precle tylko do sesji, już z powrotem wróciła na sznurek), roztaczając w domu niezwykle wyrafinowany zapach octu ;-)



Próbki udziergu jeszcze nie ma, bo primo: teraz czeka mnie zwijanie, a bez zwijarki to trochę potrwa, zanim się zmobilizuję, a secundo: leci do mnie zamówiony cieniuteńki moherek, który (mam nadzieję) doda mojej farbowance puszystości.
Mam nadzieję, że doleci przed świętami i spełni oczekiwania (wybieranie koloru przez internet to taka mała stójka z przewieszką).

Będzie się działo :)

czwartek, 11 lutego 2016

2,40

...metra.
Tyle mierzy szaleństwo.
Ściegiem patentowym na drutkach 2,5.
Tasiemcowaty tasiemiec w spontaniczne paski.
Skończyłam, wyprałam, noszę.
I uwielbiam.




I jeszcze w całości:



Malabrigo Sock, kolory: Cote d`Azure, Aquas, Zarzamora i Indiecita,
po ok. 50-70 g z każdego koloru.
Druty bambusowe KP 2,5.

A jako "modelka" wystąpiła tym razem Panna Manekinka domowej roboty, którą kiedyś _tam zrobiłam sobie z paper-mache, jako podstawę do dekupażu. Dekupażu (na szczęście) się nie doczekała, plany wobec niej nadal są, chociaż już nie dekupażowe. Póki co, Panna wygląda jak wygląda i jak widać, z powodzeniem pełni funkcję czysto utylitarną ;-)

No i dziękuję raz jeszcze za dobre słowa pod adresem szafki (na pytania, jak zwykle, odpowiedziałam w komentarzach) :)



środa, 27 stycznia 2016

Z warsztatu

A wiecie...
Taką szafkę wygrzebałam ze starego warsztatu...


Stała sobie pod ścianą zapomniana, zakurzona, zaklejona wieloma warstwami farb i fabrycznego brudu.


Przez lata warstwy farby zdążyły się wytrzeć:



Ale zachowały się stare etykiety szuflad:





Na blacie, porysowanym od wbijania gwoździ, znalazłam jakieś rupiecie, kalendarz robotniczy z 1958...


i mydło.




A może pod nieobecność brygadzisty odprawiano tu jakieś tajemne rytuały?





...



A tak naprawdę, to wyglądała na początku tak:


Nie daliście się wkręcić, prawda?
;-)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...