wtorek, 13 listopada 2018

Farbiarsko

Ogłaszam chwilową przerwę w tematach skarpetkowych.
W samym dzierganiu skarpetek również, chociaż na drutach nadal małe formy, a ostatnie skarpetki już obfocone czekają na publikację.
Dzisiaj będzie dużo zdjęć i minimum tekstu. Bo po co pisać o kolorach, skoro i tak na każdym monitorze wyglądają inaczej? ;-)


Żeby nie było monotonnie, chwalę się najnowszym dokonaniem farbiarskim. Tylko jeden moteczek, to prawda, ale z bardzo konkretnym zamysłem.
O zamyśle (i efekcie końcowym) będzie osobno. Teraz tylko szczegóły techniczne włóczki: Arvier, 200 m/100g, 100% merynos. Z przeznaczeniem na czapkę.




Kolor zupełnie nie chce współpracować z fotografią, więc jeszcze takie ujęcie w słońcu:


I już w trakcie zmiany stanu skupienia  ;-) *)


Przy okazji na krzywy ryj załapała się taka jedna zamierzchła farbowanka, powstała ponad rok temu. Lana Gatto Mini Soft, 100% merynos. Farbowałam ją z myślą o teście pewnego sweterka, ale nijak nie chciała się zgodzić próbka, więc odłożyłam na bok, a rzeczony sweterek powstał z innej włóczki.
A moja farbowanka jest w dobrych rękach i mam nadzieję kiedyś zobaczyć na żywo efekty w dzianinie :)




Pozdrawiam Was słonecznie (jeszcze) :)

*) stan skupienia już zmieniony, właśnie się blokuje.

środa, 7 listopada 2018

Czas skarpetek vol.2

Jak napisała (w poprzednim wpisie), tak zrobiła.

A zrobiła skarpetki resztkowe, z pasiastej 'Ciao' Lane Mondial i pozostałości po szarych zwyklakach (szare zwyklaki, moje pierwsze skarpetki po dłuuuugiej przerwie, można obejrzeć tu).

Ale zanim je pokażę, to z kronikarskiego obowiązku najpierw fotka znacznie starszych, bo jeszcze z wiosny, ale ważnych dla mnie skarpeteczek. Skarpeteczek - bo małe i krótkie, takie moje poszukiwania optymalnego rozmiaru.
Powstały z pewnej zielonej eksperymentalnej farbowanki, znajdziecie ją na samym końcu tego wpisu (klik!).


Moteczki, które towarzyszą skarpetkom, już dawno doczekały się przetworzenia w letni sweterek, ale zdjęcia czekają w kolejce na obróbkę i kiedyś się tu pojawią. Pewnie głęboką zimą, jak na letni udzierg i upalną sesję przystało ;-)

A teraz już skarpetki właściwe, świeżo zdjęte z suszarki ;-)



Udzierg (jak na mnie) błyskawiczny - uporałam się z nim w tydzień, łącznie z chowaniem nitek, których w takich kombinowanych skarpetkach jednak kilka jest ;-)

To na dzisiaj już wszystko - obiecany dłuższy post skarpetkowy powoli się tworzy, a na drutach - znowu zajawka czegoś nowego. I znowu farbowanie własne :)

Pozdrawiam Was serdecznie :)

piątek, 26 października 2018

Czas skarpetek

Co tu dużo pisać.
Chłodno się robi - temperatura motywuje do przeglądu włóczek. Coś na skarpetki zawsze się znajdzie. A na dodatek skarpetki są świetnym udziergiem "na przeczekanie". Zawsze jest co przeczekiwać - brak weny, suszące się ufarbki, wędrująca gdzieś tam z daleka przesyłka z włóczką, trudności decyzyjne... I wtedy na ratunek przychodzą skarpetki.

Tym razem na drut poszły resztki po kamizelce. Został mi z niej jeden 100 gramowy motek i przy okazji dojazdu na kilka wrześniowych wycieczek ogrodniczych powstały z niego te oto męskie skarpety:






Ale czas leci i powstają kolejne.
Tym razem znacznie cieńsze i mniejsze, ale za to dwie pary, dla mnie. Surowcem była skarpetkowa Ciao firmy Mondial, bardzo przyjemna w robocie i noszeniu, niestety już niedostępna. Z obu par zostało mi jeszcze po 1/3 motka, powstanie z nich pewnie jakaś wersja kombinowana.
A na razie dwie bliźniacze (no, prawie) parki.

Fioletowa:



I niebieska:





A skoro to czas skarpetek...


...robią się następne.
Tym razem w własnego uprzędu - ale o nich będzie osobny wpis.
Jak zamknę oczka, zblokuję i zrobię zdjęcia, rzecz jasna :)

Wszystkie powstały wg instrukcji Intensywnie Kreatywnej: Mgliste skarpetki

Pozdrawiam Was ciepło :)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Art-Deco(mpression) ;-)

Pamiętacie 'Dekompresję' (klik)?

Charakterna.
Półtora roku mi się opierała.
Woziłam ją na różne spotkania, warsztaty, pokazy, dotykałam, głaskałam, oglądałam setki razy ze światłem i pod światło. Niekiedy pytałam ją nieśmiało, czy przypadkiem nie zechciałaby zostać swetrem i czy może zechciałaby jakąś koleżankę do towarzystwa? - znajdę (albo uprzędę) jej odpowiednią partię.
Nie. Nie. Nie.
Nie i już.

Nawet nie myślałam, żeby mogła pójść inną drogą. Sweter i koniec.
Ale ona miała własne zdanie. I któregoś dnia wreszcie do mnie dotarło, że ona po prostu cierpliwie czeka na pewien wzór, który od dawna wisi w moich Ulubionych na Raverly.
Na Secession.



 Od Secesji do Art Deco (i z powrotem) droga przecież niedaleka ;-)


Wzór jest bardzo przyjemny w robocie i przejrzyście rozpisany, ma wersję opisową i schematy, więc każda dziewiarka może wybrać najwygodniejszą wersję. Po pierwszych kilku listkach dzierga się już z pamięci aż do końcowego borderu. Dużym plusem wzoru jest możliwość modyfikacji rozmiaru - ja robiłam wersję M, ale autorka podaje, jak podzielić włóczkę, żeby starczyło na border i można robić dowolny wymiar.



Chusta ma ciekawą konstrukcję - składa się jakby z dwóch ukośników połączonych ze sobą środkowym szwem. A że forma ukośnika jest bardzo wygodna w noszeniu, więc ma szansę zostać moją ulubioną chustą w tym sezonie. Chociaż tak po prawdzie to wszystkie dotychczasowe są ulubione :)



Z niecierpliwości zrezygnowałam z wrabiania koralików - musiałam zacząć już, już natychmiast, czekanie na koraliki byłoby udręką. Drobną modyfikację wprowadziłam na końcu - zamiast gładkiego zakończenia części garterowej dodałam dwuoczkowy i-cord, który ładniej stabilizuje brzeg.



Wzór: Secession Kristiny Vilimaite
Włóczka:  'Dekompresja' ręcznie przędziona z farbowanej i mieszanej czesanki BFL+jedwab Tussah, 630 m
Druty bambusowe KnitPro nr 3

A ponieważ po latach wróciłam do noszenia kolczyków, więc na okoliczność Drutozlotu powstały takie stylizowane moteczki (no dobra, umówmy się, że to moteczki) ;-)


I trochę bardziej "na bogato" -  wersja z kamyczkami.


To co, z kim zobaczę się w Toruniu?
:)

czwartek, 23 sierpnia 2018

Drutozlot za pasem

.. a na grzbiecie chusta z zeszłorocznych zakupów ;-)

Olilia, bo o niej mowa, to był  pierwszy wzór, jaki wydrukowałam z zamiarem zmierzenia się z angielskimi skrótami i opisami.

Lat temu... - aaaaa, zajrzyjcie sobie w archiwum, kiedy pojawiły się u mnie pierwsze udziergi. Niby nie tak dawno, ale odleżały się te wydrukowane kartki cokolwiek. Chyba w międzyczasie pojawiło się polskie tłumaczenie, ale nawet nie przyszłoby mi do głowy tego sprawdzać - po kilku latach kontaktu z "dziewiarskim angielskim" zwyczajnie wolę dziergać wg angielskich wersji, gdzie skróty są jednoznaczne i nie muszę się zastanawiać, co poeta miał na myśli ;-)


Oczywiście zapierałam się, że nic nie kupię, no, może jeden motek na pamiątkę.  I (oczywiście) zaraz na początku na stoisku Włóczek Warmii zawołały do mnie dwa moteczki Mirelli z jednego farbowania, ale z dużą różnicą koloru (i nawet nie wiem, jak się ten kolor nazywa!).
No, nie mogłam się oprzeć pokusie, chociaż kolory bardzo odległe od "moich' zieleni.


Długo nie mogłam się zdecydować, co z mich powstanie.
W planach była "jakaś chusta z borderem". A plany są po to, żeby było co zmieniać ;-)


Do nitki bazowej dobrałam z czeluści kosza z włóczkami jeden z najstarszych nabytków -niewypałów: dropsową Brushed Alpaca Silk. Czarną (tu ikonka przewracająca wymownie oczami). Miała być dodatkiem do kardiganu, który nigdy nie powstał. Kupiłam tego... hmm... badziewia całe 7 motków i na całe szczęście nie zrobiłam z niej sweterka, który pewnie już dawno zasiliłby wysypisko. Dla niewtajemniczonych - włóczka jest milusia i puchata, wygląda ślicznie do pierwszego prania (za to obłazi jak wściekła), a po praniu przestaje obłazić, za to przypomina zmechaconą szmatę. Podziękować.

Za to w połączeniu z gładką Perlata d`Australia firmy Lana Gatto (również czarną) dała świetny materiał na paseczki. Grube, miłe, puchate - i co najważniejsze: nie tracą na wyglądzie. Chusta powstała w maju i od tej pory jest w intensywnym użyciu - chyba pisałam już o użyteczności ciepłych chust w środku lata?


Wyszła, jak to zwykle u mnie, gigantyczna - można się nią owinąć trzy razy. W lecie nie ma to aż takiego znaczenia, za to w zimie będzie cudowna.

I jeszcze dane techniczne ;-)
Wzór Olilia Hani Maciejewskiej, dostępny za darmo.
Zużycie 700 m Mirelli (Włóczki Warmii) i 233 m Perlaty + 'kudłacza' (powiększyłam o kilka rzędów, wg opisu wystarczy na niego 600 m nitki bazowej).


i na koniec..

Pozdrowienia od Przyjemniaczka.
Stęskniliście się za nim trochę, prawda? Obiecał, że się tu jeszcze pojawi ;-)



;-)

wtorek, 31 lipca 2018

Na ostro


Ostro było.
Z przygodami.

Trupy w szafie były.
Nawet w kawałkach te trupy.
Unicestwianie trupów było. Hurtem i po całości.

A co.
Z przytupem.




T., wierny odbiorca moich udziergów, zażyczył sobie sweter. Męski, bez żadnych wątpliwości, tweedowy najlepiej. I prosty: żadnych tam wzorków, warkoczy, udziwnień.
Ja też nie miałam żadnych wątpliwości: bezszwowy ma być, od góry.

Tweed został nabyty (nie bez trudności, bo o ładny tweed w naszych sklepach niełatwo), wzór znaleziony i zakupiony, z trudnością jak wyżej. Zastanawiam się, dlaczego na Rav tak mało jest męskich swetrów, a jeśli już są, to 'dziadkowate' jakieś - ciężkie, przegadane i za dużo wszystkiego albo przyciasne pod pachami obciślaki. No i jeszcze zszywane do tego. Brrrr...

Wzór w końcu znalazłam, zakupiłam, udziergałam pół korpusu - i zaczęły się schody.
Kolejny motek różnił się grubością. Ta sama partia, z jednej zgrzewki, a różnica - tu 20 oczek w 10 cm, tam 24.  W dodatku na pierwszy rzut oka tego nie widać, ujawnia się dopiero w trakcie dziergania. I następne motki zachowują się podobnie.
Ups.
Z kombinacji 'co z tym fantem zrobić' urodziły się trzy półtrupki. Aż w końcu rzuciłam wszystko w diabły i zostawiłam na dwa lata, żeby po upływie karencji spruć te nieszczęsne zaczątki do zera.

I w trakcie jakiegoś rozrywkowego przeglądania Ravelry (też tak macie, prawda? ;-) ) natrafiłam na 'Jaiden' autorstwa Isabell Kraemer. Prosty unisex z ryżowym karczkiem.
Całkiem zwykły męski sweter.
Bingo!


Zmiana ściegów pozwoliła zgubić różnicę w grubości włóczki. I przy okazji w swetrze coś się dzieje, a ryż nie daje ciężkiej struktury. Raglan rozpisany tak, że miejsca dodawania oczek w ryżu wyglądają bardzo dobrze, co nie zawsze się udaje.


A włoczka też ostra.
Niby merynos, a taki jakiś szetlandowaty, co w tym konkretnym przypadku jest raczej zaletą. Alpaka też dokłada ostrości - zdecydowanie nie jest to włóczka dla wrażliwców.




W stosunku do oryginału dokonałam bardzo niewielkich modyfikacji. Ciaśniej nabrane oczka na plisę dekoltu, z dodatkowym  wykończeniem wg znalezionego w sieci filmiku.
Zrezygnowałam z fałszywych łat na łokciach, dzięki temu rękaw wygląda mniej masywnie.


I zamknięcie oczek włoską metodą.


A kosiarz był całkiem na serio.

'Kosiary kosiat
a wytrec powywaje...'

czyli
jak za pomocą sesji zdjęciowej wykosić podwórko :D





Wzór: Jaiden Isabell Kraemer
włóczka:  Rowan Felted Tweed, 50% wełna merino, 25 % alpaka, 25 % wiskoza w kolorze Clay.
Zużycie: 400 g

Pozdrawiam :)


wtorek, 17 lipca 2018

No dobra, lato mamy. Zeszłoroczne ;-)

Ano dokładnie, jak w tytule.
Dokładnie rok minął od czasu zrobienia tej chusty. Sesja była też jakoś tak rok temu, ale zupełnie nie mogłam się zebrać do obróbki zdjęć i zredagowania wpisu.

Angular Marzeny Kołaczek to była pierwsza chusta, która poruszyła moją wyobraźnię. Wcześniej chusty dla mnie nie istniały, no bo przecież co się z taką chustą robi? Jak jest zimno, zakłada się sweter, a szyję okręca szalikiem (tak, zrobilam dwa).



Ale ta geometria to było wyzwanie. Postanowiłam podejść nieco inaczej do kolorystyki i zbudować iluzję bryły za pomocą cienia, nie jasności, jak w wersji projektantki. A to wymagało własnoręcznego farbowania. Częściowo opisane jest tu.
Częściowo, bo koncepcja zmieniała się jeszcze kilka razy i w efekcie ostatni trójkąt zmienił zupełnie odcień, a w zasobach włoczkowych leży piękna nasycona zieleń, która jednak okazała się za ciemna.


Samo dzierganie również obfitowało w stresujące przygody. Jako, że nienawidzę zostających resztek, ufarbowałam poszczególne odcienie wg podanego przez Marzenę zużycia, zakładając bezpieczny (jak mi się wydawało) margines. I wszystko byłoby super, tyle, że producent włóczki liczy metraż bardzo specyficznie - na nitce maksymalnie naciągniętej. Różnica na metrze to aż 10 cm. I każdy trójkąt to był stres - wystarczy, czy będę miała dodatkową szkołę farbowania wg wzorca kolorystycznego ;-)
Na szczęście prawie(!) wystarczyło - zabrakło na samą końcówkę ostatniego trójkąta, ale zrobiona z innego odcienia nie rzuca się w oczy. Uff...



O użyteczności dzierganych chust w środku lata mogłam się niebawem przekonać - idealnie chronią przez mrożącą klimą, są super okryciem w chłodne wieczory, a w podróży zawsze mogą posłużyć za poduszkę.
Chociaż do kształtu tej konkretnej chusty długo nie mogłam się przekonać i dopiero zimą tak naprawdę doceniłam jej użyteczność, kiedy mogłam się nią owinąć kilkakrotnie.
Ale bakcyl chuściany zakiełkował i w tej chwili w mojej szafie wisi już czwarta. A kolejne w planach :)


I jeszcze kilka zdań na temat samej włóczki, bo chyba w końcu jej nie przedstawiłam. To VIP firmy Lana Gatto, 80% merynosa, 20% kaszmiru. Bardzo przyjemna w dotyku i nadspodziewanie odporna. Może farbowanie tak ją zahartowało, bo mimo bardzo intensywnej eksploatacji nie zmechaciła się nic a nic, a wielokrotnego prania jakby nie zauważyła ;-)

Pozdrawiam serdecznie wszystkich TuZaglądaczy* :)


*) Z wyjątkiem spamerów, których, zgodnie z zapowiedzią, wyrzucam bezlitośnie. Swoją drogą, komu się chce wrzucać spamy na taki zapomniany, niszowy blog? ;-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...